Dziennik Karstena Kroona (CSC)


#1

Dziennikarka Susanne Horsdal spędziła trzy tygodnie z Karstenem Kroonem, przygotowującym się do najważniejszych dla niego klasyków w sezonie: Flandrii i Amstel Gold Race:

Piątek, 31 marca
Przyjechaliśmy do hotelu w Kortrijk, półtorej godziny od mojego domu w Rekem, w Belgii, tuż koło Maastricht.

Sobota, 1 kwietnia
Padało, więc nie wybrałem się na przejażdżkę. Rano była mała konferencja tuż przed Tour des Flanders. Rozmawiałem z kilkoma dziennikarzami, udzieliłem wywiadu dla duńskiej stacji telewizyjnej. Spokojny, normalny dzień z masażami. Mieliśmy również spotkanie drużynowe, gdzie Bjarne[Riis] się nie pojawił, dlatego rozmawialiśmy bezpośrednio ze Scottem Sunderlandem. Uzgodniliśmy, że mamy kilku mocnych kolarzy, w tym mnie i Fabiana Cancellarę. Dodatkowo Scott zaznaczył, że na Oude Kwaremont musimy być z przodu, bo to tam zaczyna się tak naprawdę wyścig. Jeździłem Flandrię pięć razy to zdążyłem się zorientować. Dla Bjarne najważniejsza jest wzajemna pomoc, więc musimy być z przodu wszyscy razem. Położyłem się wcześnie, dosyć pewny siebie. Znam Tour of Flandres jak własną kieszeń. Prognoza pogody też jest obiecująca.

Niedziela, 2 kwietnia
Wstałem o 6:30, zjadłem miskę płatków z jogurtem, dwa talerze spaghetti i banana. Nigdy nie miałem problemu z jedzeniem spaghetti na śniadanie. Posiłek docelowo przed wyścigiem zawsze zajmuje przynajmniej godzinę. O 7:45 wyruszyliśmy na start do Bruges. W niedzielny poranek nigdy nie ma na tej trasie korków. Zwykle przed wyścigiem wszyscy sie przebieramy, dobieramy ubrania, szukamy kurtek, które nam pasują.
Od początku Flandrii czułem się dobrze, miałem dobrą nogę. Niestety przed Oude Kwaremont zaliczyłem kraksę i straciłem kilka cennych sekund. Musiałem gonić główną grupę przez 15 kilometrów. Dopiero przed Koppenbergiem ich złapałem. Na szczyt Koppenbergu dotarłem z Alessandro Ballanem z Lampre. Prawie wszyscy schodzili z rowerów i nieśli je na samą górę. Niesamowity wysiłek. Dobrze, że udało mi się zostać na rowerze i wjechać razem z najlepszymi.
Kiedy Leif Hoste (razem z Boonenem) zdecydował sie odjechać na Valkenbergu, ja byłem akurat po innej stronie drogi i nie mogłem tak łatwo skoczyć za nimi. Musiałem chwilę przeczekać i dopiero ruszyć dalej, wtedy też straciłem troche sekund. W końcu ukończyłem Flandrię na ósmym miejscu i to był mój pierwszy raz kiedy załapałem się do pierwszej dziesiątki. Na końcu czułem się trochę rozczarowany, byłem tak blisko podium, ale ósme miejsce to też sukces.
Po wyścigu udzieliłem kilku wywiadów i ruszyłem w drogę powrotną do domu. Jeden z masażystów jechał moim samochodem, więc mogłem od razu wracać. W domu byłem około siódmej i od razu poszliśmy coś zjeść z moją dziewczyną, Anne. Obejrzeliśmy też kilka odcinków “Losta”. Szczerze mówiąc jesteśmy troche uzależnieni od tego, oglądamy po kilka epizodów dziennie. Potem spokojnie zasnąłem, co rzadko mi sie zdarza po tak wyczerpującym wyścigu.

Wtorek, 4 kwietnia
Wczoraj cały dzień się leniłem, więc dzisiaj zrobiłem sobie dwugodzinną przejażdżkę z Markiem Lotzem z Quick-Stepu, który szykuje się do powrotu do zawodowego peletonu, po dyskwalifikacji. Wieczorem poszliśmy z Anne na kolację do znajomych.

Środa, 5 kwietnia
Z samego rana musiałem pojechać do Niemiec, do bazy produkującej komputery SRM, których używamy w CSC. Po tym zrobiłem sobie kilkugodzinny trening w Ardenach i wypróbowałem nowy komputer. To mój pierwszy rok używania takich sprzętów i musze przyznać, że są one bardzo pomocne w treningach. Dodatkowo Bjarne polecił mi kilka świetnych ćwiczeń. W czasie takich kilkudniowych przerw ciągle jestem w kontakcie z Bjarne Riisem i dyskutujemy o moich postępach i cyklu treningowym. Ten rodzaj przygotowań daje dużo motywacji.

Czwartek, 6 kwietnia
Wróciłem w góry, żeby zrobić sobie pięciogodzinny trening, z czego ponad półtorej godziny jechałem za motocyklem, żeby utrzymać równe, wysokie tempo. Wieczorem zabraliśmy z Anne kilkoro przyjaciół do naszej rezydencji z 17-tego wieku, koło Maastricht, w którą właśnie inwestujemy pieniądze. Nigdy nie bawiło mnie oddawanie pieniędzy do banku, ani gra na giełdzie, dlatego wolę nabywać ziemie. Mam również kilka hektarów w Hiszpanii na Costa Blanca, niedaleko Alicante.

Piątek, 7 kwietnia
Ważny dzień. Chciałem zrobić poważny trening, ale skończyło się na testowaniu swoich możliwości. Na początku spróbowałem trochę jazdy indywidualnej na czas, a potem jechałem przez dwie godziny za motocyklem z niesamowitą prędkością, dużo wyższą niż ta wyścigowa. Słuchałem DJ Diesto - holenderskiego DJa - na moim iPodzie. Na końcu byłem tak wykończony, że ledwie mogłem naciskać na pedały. Nie chce tylko utrzymać mojej formy, chce ją ciągle poprawiać. Ale żeby uzyskać pożądany wynik, muszę się czasem katować samotną jazdą. Szczególnie, że między Flandrią i Amstelem nie jadę w żadnych wyścigu. Byliśmy dzisiaj wieczorem na Epoce Lodowcowej 2. Naprawdę zabawny film, szczególnie motyw z tą wiewiórką ścigającą oszeszek. Taka metafora dla ludzi goniących za wieczną fortuną.

Niedziela, 9 kwietnia
Byłem z psem u weterynarza, pojeździłem spokojnie trzy godzinki, potem oglądnąłem Paris-Roubeix w telewizji. Jechałem w tym wyścigu już trzy razy i uwielbiam go, ale jestem za lekki. Waże tylko 65 kilo i przy byle okazji odczuwam podmuch wiatru. Dlatego w tym roku zrezygnowałem z jazdy w “Piekle Północy”. To prawie niemożliwe, żeby w jednym sezonie ukończyć Flandrię, Paris-Roubeix, Amstel i Liege-Bastogne-Liege. Cieszyłem się, że wygrał mój kolega z ekipy, Fabian Cancellara. Spodziewałem się, że pojedzie dobrze, już podczas Flandrii był bardzo mocny. Byłoby miło być na przyjęciu po zwycięstwie, ale koledzy dodali mi otuchy nagrywając się na sekretarke “Teraz Amstel jest dla Ciebie!!”. Chyba wypili troche za dużo szampana…
Zaskoczeniem była postawa kolegów Boonena z Quick-Stepu. We wcześniejszych latach, czy to w Mapei, czy w Domo-Farm Frites, czy w Quick-Stepie, zawsze kilku kolarzy zostawało na czele. Dodatkowo uważam, że gdyby George Hincapie sie nie rozbił to wyścig przebiegałby inaczej. Paris-Roubeix to przede wszystkim taktyczny wyścig i z trzema kolarzami z przodu, z Gusevem, Hoste i Hincapiem, Discovery miałoby większe szanse powodzenia.
Zauważyłem, że sporo się też mówi o dyskwalifikacji Guseva, Hoste i Petera van Petegema. Wiem, że muszę być ostrożny w tym, co mówię, ale uważam, że słusznie ich zdyskwalifikowano. Przejazdy kolejowe są bardzo niebezpieczne, wszyscy kolarze to wiedzą. Jednak wina leży też po stronie organizatorów. Nie zadbali o bezpieczeństwo kolarzy. Powinna tam stać policja, żeby zabronić kolarzom przejazdu. To nie jest fair zostawiać taką decyzję kolarzom, który walczą o punkty w klasyfikacji ProTouru.

Środa, 12 kwietnia
Ostatni ciężki trening przed Amstelem. Pokonywałem podjazdy i trenowałem zjazdy. Mam dobre przeczucie przed wyścigiem. Najgorsza część treningu już za mną.

Czwartek, 13 kwietnia
Pojechałem rowerem do mojego masażysty. Potem poszliśmy z Anne na badanie krwi, ze względu na jej ciąże. Strasznie boi sie igieł, więc chciałem dotrzymać jej towarzystwa. Data rozwiązania jest wyznaczona na miesiąc po Liege, kiedy będę miał pięciotygodniową przerwe w profesjonalnych wyścigach. Lepszej daty nie mogłem sobie wymarzyć. Aczkolwiek ta ciąża nie była zbytnio zaplanowana, to przygotowaliśmy już wszystko na nadejście dziecka, włącznie z łóżeczkiem.

Sobota, 15 kwietnia
Zjadłem śniadanie z chłopakami z teamu i poszedłem na lekki trening. Reszta drużyny pojechała oglądać trasę, ale ja ją znam jak własną kieszeń, więc wolałem sam potrenować. Jestem świetnie przygotowany i strasznie podekscytowany. To duże wyzwanie na które czekam z przyjemnością. Chce ukończyć wyścig w pierwszej piątce i tylko to mnie interesuje. Z faworytów pojadą jak zwykle Boogerd, Freire, Sanchez, Rebellin i Astarloa. No i oczywiście Paolo Bettini. Będę się im przyglądał i jeśli jutro zawiodę, zawsze jeszcze pozostaje Fleche Wallone i Liege Bastogne Liege. Po udzieleniu kilku wywiadów poszedłem spać.

Niedziela, 16 kwietnia
Wszyscy zerwaliśmy sie o siódmej, bo spodziewaliśmy sie kontroli dopingowych. UCI zawsze wybiera te hotele, gdzie nocuje więcej niż jedna ekipa, a w tym przypadku było nas w sumie cztery drużyny. Ale nic takiego sie nie wydarzyło. Zjedliśmy spokojnie śniadanie, ja wróciłem do pokoju i położyłem się na chwilę z moim iPodem. Kilkadziesiąt minut później mieliśmy spotkanie drużynowe, gdzie ustaliliśmy, że ja i Frank Schleck jesteśmy liderami. Omówiliśmy wszystkie 31 podjazdów i jeszcze troche pogadałem z Frankiem jakby najlepiej rozegrać końcówke, szczególnie kilometry po Loorbergu.
Przez większość wyścigu było strasznie zimno, więc siedziałem na kole ekipie Rabobanku. Nie odpowiadałem na ataki, siedziałem w peletonie, z przodu i koncentrowałem się na swojej jeździe. Na Eyserbos, które jest zawsze kluczowym momentem w Amstel Gold Race, zaatakowałem i po chwili jechałem już w grupce kilku kolarzy z przodu.
Na Keutenbergu zaatakował Frank, a ja byłem przemarznięty do szpiku kości i chciałem już tylko dojechac w ucieczce, więc jechałem razem z innymi równym tempem, pilnując, żeby nie dogonili Franka, który był tego dnia niesamowicie silny i zdeterminowany. Gdyby nie on, myśle, że wygrałby Michael Boogerd.
Potem, w busie teamu CSC, wszyscy byliśmy szczęśliwi. W hotelu wypiliśmy trochę szampana, pożartowaliśmy, ja pojechałem zobaczyć się z rodzicami i wróciłem na kolację. Żadnej wielkiej imprezy nie było, bo przed nami wciąż były dwa wyścigi - Strzała Walońska i “Staruszka”.

Poniedziałek, 17 kwietnia
Straszna noc. Przewracałem się z boku na bok i nie mogłem zasnąć. Nogi były ok, ale wszystko inne mnie bolało. Taka dola kolarza.

źródło: procycling


#2

Dziennik Karstena Kroona - super :exclamation:
W koncu dowiemy sie jak to jest jezdzic klasyki ani tylko “gira” i “tur de fransy” :slight_smile: