Koks nic nie daje - wyniki badań klinicznych

kopalniawiedzy.pl/wiadomosc_6511.html
Bardzo ciekawy artykuł, o wpływie hormonu wzrostu na sportowców. Watro wiedzieć.

Czyżby niewiedza zawodowców którzy to biorą czy może ten artykuł jest niepełnej treści … Bardzo ciekawe .

Ja tam nic ciekawego w tym artykule się nie dowiedziałem, zwłaszcza o przykładach szkodliwego wpływu stosowania hormonu wzrostu przez sportowców.
W artykule wyraźnie pisze, że “Aby określić wpływ wspomnianego hormonu na organizm sportowców, naukowcy przeanalizowali wyniki 27 różnych badań klinicznych, w których stosowano wspomnianą substancję u osób w wieku od 13 do 45 lat.
Co to za sportowcy wyczynowi w wieku 13-45 lat byli, autor artykułu już nie napisał :((
Można domniemywać, że nie była to klasa mistrzowska.
Także wnioski z tego badania są praktycznie żadne, nie poparte statystyką z badań.

Generalnie się uważa, że w sporcie wyczynowym hormon wzrostu nie jest stosowany by podnosić formę, lecz by przyspieszyć/skrócić i usprawnić proces szeroko rozumianej regeneracji organizmu, leczenia urazów po sezonie. Pomijam tutaj kwestię zwyrodnialców eksperymentatorów, którzy pakowali sportowcom hormon wzrostu by zwiększyć im wielkość stopy, dłoni, zasięg ramion, itp, co skutkowało wyraźnymi dysproporcjami w budowie ciała.

A propos?
Miałem przyjemność przeczytać niedawnymi czasy “Mój powrót do życia…” oraz “Liczy się każda sekunda”, a obecnie jestem w trakcie “Wszystko albo nic” Urlicha. Nie chcę wracać do tematu, który pewnie na forum był wałkowany, nim jeszcze tu trafiłem (co i czy brał - LA).

Dzięki krótkim odstępom czasowym w lekturze poszczególnych pozycji narzucają się pewne wnioski. Wydaje mi się, że o ile "Mój powrót… " powstał rzeczywiście jako coś w rodzaju oczyszczenia z traumy, o tyle “Liczy się…” powstało, da się to wyczuć, ad vocem odparcia ataków antydopingowych, jest to widoczne, aż tendencyjne. Sielanka w teamie: prezes (Lance) czuwa nad nami (drużyną), a ona odwdzięcza się tym samym. Źli dziennikarze.
Szkoda tylko, że tak wiele wokół byłych kolegów i współrywali Armstronga jest “smrodu”: Landis, Herras, Hamilton, Beloki, Urlich… Nie sądzicie?

No właśnie: Urlich. Osobiście uważam, że z literackiego punktu widzenia książka Urlicha stoi na wiele wyższym poziomie. Jest w niej jakiś klimat, niemiecki porządek, a przede wszystkim bliższa jest mi, pamiętającemu agonię komuny i pewnych mechanizmów (choć tendencyjność w oczyszczaniu się jest również wyczuwalna, choć jeszcze nie mogę popatrzyć na całość; jak nadmieniłem, jestem w trakcie).

Mówienie Armstronga jest zbyt nieokiełznane jak on sam chyba:), ale ma również moc terapeutyczną, wpływa optymistycznie na podejście do życia, to fakt!

Fajne są też smaczki i kulisy peletonu we wszystkich książkach.

Co myślicie o tych kooperacjach kolarsko-dziennikarskich?