Kolarstwo w RPA


#1

Wygrało z nami RPA a proszę jednak kolarze z Afryki pojechali lepiej od naszych Asów :stuck_out_tongue:


#2

Szczerze mówiąc porażki z Afrykanerami nie uznaję za wstyd, bo akurat są tam nieźli kolarze np. :arrow_right: sprinter Robert Hunter z Phonaku (musi więc szukać nowego pracodawcy), czasowiec David George, Ryan Cox z Barloworldu i Darren Lill :stuck_out_tongue:


#3

Hunter owszem niezły sprinter ale reszta była spokojnie do ogrania tak myślę :unamused:


#4

Kolarstwo w RPA jest na niezlym poziomie. Widac nawet ze lepszym od naszego. Na poczatku sezonu David George wygral Tour de Langkawi w Malezji. Niektorzy niedocenili tego zwyciestwa biorac pod uwage, ze wyscig ten byl w porze roku, kiedy europejczycy dopiero robia forme, a oni na poludniwej pulkuli sa w pelni sezonu. Ale prosze, na koniec tez sa w lepszej formie niz nasze asy. Sam mieszkalem i scigalem sie kilkanascie lat w RPA.
Tam byly (i sa ) grupy zawodowe w latach kiedy w Polsce nie myslalo sie o profesjonalnych grupach. Tam na miedzynarodowe wyscigi przyjezdzali zawodnicy z Wloch, Belgi, Niemiec i wielu innych krajow Europejskich. Sean Kelly i Alexander Vinokurow to jedni z wielu ktorzy brali udzial w ich najbardziej prestizowym wyscigu w tamtych latach - Rapport Tour.
Pomimo silnej obsady miedzynarodowej, przewaznie wygrywali kolarze z RPA. A ten 14-dniowy wyscig nie byl latwy. Wiem, bo kilkakrotnie sam w nim bralem udzial.
Jeszcze zanim Robert Hunter wygrywal etapy na Tde Pologne, jego poprzednik Alan van Heerden wygrywal etapy w Giro di Italia jezdzac w slawnej grupie Peugeot-Esso-Michelin.
Ale to juz dawniejsza historia :smiley:


#5

Ooo :astonished: Fajnie, że mieszkałeś w RPA i ścigałeś się tam w otoczeniu Vinokourova :wink: Fakt, że RPA w 2010 zorganizuje piłkarskie MŚ najlepiej pokazuje, że w tym kraju jest co raz lepiej po niechlubnej epoce segregacji rasowej. Kolarstwo na pewno stoi tam na dobrym poziomie, choć trzeba zauważyć, że zawodowo na rowerach jeżdżą raczej tylko biali mieszkańcy kraju :stuck_out_tongue:
A tak trochę off topicowo powiem nawet, że RPA to jedno z moich ulubionych państw świata i gdybym mógł to może i bym nawet tam osiadł na stałe :mrgreen: choć jest kilka krajów, które jeszcze bardziej lubię :wink:


#6

Więc wystartuj w wyścigu Cape Argus w marcu, startuje tam 35000 ludzi z całego świata. Jest to największa impreza kolarska na świecie, widziałem to dwa razy, niesamowite wrażenia, przez cały dzień ludzie jadą na rowerach.
A że RPA pojechało dobrze w MŚ wcale się nie dziwie, ich kolarze ścigają się praktycznie cały rok. Podczas naszego sezonu siedzą w europie i ścigają się głównie w Italii. Jak my kończymy sezon jadą do Australii, potem mają wyścigi u siebie – to się nazywa długi sezon. Pewnie są tak dobrzy bo cały czas są na poziomie który tylko na najważniejsze imprezy podnoszą.


#7

W sumie nie wiem czy to tak dobrze ścigać się cały rok. Ja po 6 miechach jestem zmęczony psychicznie wyścigami (nie fizycznie :smiley:) a przecież w juniorach młodszych nie ma tak wielu wyścigów - w sumie miałem ok. 40 dni startowych :slight_smile:


#8

Huzar, dzięki za info, ale ja akurat mistrzem roweru nie jestem :blush: Mnie też wynik RPA nie zdziwił, w końcu mają kilku znanych kolarzy (kilku podałem w tym temacie w innym poście). Faktem jest, że u nich w trakcie europejskiej zimy jest lato, a gdy z kolei u nich jest trochę zimniej właśnie latem, to mamy pełnię sezonu w Europie i tam wielu Afrykanerów się ściga. To dodatkowy plus.
Przypomnę, że podczas czasówki na MŚ pod koniec ‘20’ przyjechali dwaj członkowie teamu Bafana Bafana :slight_smile: :arrow_right: David George i Robert Hunter.


#9

mario napisał/a:

Bo czarnym kolarzom jakos to sciganie nie wychodzi. Musi to byc raczej sprawa genetyczna, bo warunki niektorzy maja stworzone jakich mazna pozazdroscic.
Byly stworzone grupy czarnych kolarzy sponsorowane przez kopalnie zlota, ktore dbaly o swoj wizerunek jako firmy dbajaca i pomagajaca tym mniej uprzywilejowanym. Oni mieli najnowszy sprzet , suplamenty, odzywki i czas na trening. A na wyscigach zawsze przyjezdzali ostatni. :frowning:

Huzar napisal:

Masz racje Huzar. Cape Argus to wielkie swieto kolarskie. Atmosfera i sama trasa jest niepowtarzalna.
Polwysep Cape chyba byl stworzony dla jazdy rowerem. Piekna malownicza trasa ocierajaca o Przyladek Dobrej Nadzieji. Szczegolnie piekny jest odcinek pod Chapman’s Peak.






#10

Przylądek Cape? :smiley: Cape to po angielsku właśnie przylądek :stuck_out_tongue:


#11

W RPA jest jeszcze jeden ciekawy wyścig z Cape w nazwie :arrow_right: Cape Epic, w którym ściga się na rowerach górskich w dwuosobowych zespołach. Trasa imprezy jest bardzo malownicza, bowiem z tego co widziałem na Eurosporcie prowadzi ona przez parki narodowe, w których roi się od różnorodnych zwierząt, np. słoni :slight_smile:


#12

Chcesz sie pochwalic znajomoscia angielskiego :question: :slight_smile:
To czytaj dokladnie. :stuck_out_tongue: Napisalem - Półwysep Cape a nie przyladek Cape.
Po angielsku nazwa tego półwyspu brzmi Cape Peninsula
Nie wiem jak to jest nazwane (przetlumaczone) w polskim atlasie, bo takiego nie mam.
Dla mnie Cape to wlasnie przyladek, a penninsula to półwysep, wiec mozna to tlumaczyc calkowicie po polsku na Półwysep Przylądka. Ale ze w RPA( i nie tylko) nazwa Cape jest uzywana jako nazwa wlasna tego regionu, nie tlumaczylem jej na polski jezyk. Z tego wyszlo Półwysep Cape
Ale ciekaw jestem jaka jest oficjalna nazwa tego pólwyspu w polskim atlasie. :smiley:

Marek, nie każdy mógłby to sprawdzić, gdyby szukał pod hasłem ‘‘pułwysep’’ :wink: mario


#13

Ah, dziwne, no ale skoro tak :stuck_out_tongue:


#14

No dobra ,mario, zlapales mnie na bledzie ortograficznym :blush:
Oczywiscie mialo byc Polwysep, no ale zdarza sie nawet najlepszym, a co dopiero mnie. Od 25 lat nie uzywam polskiego jezyka na codzien. Tyle co na tym forum i okazyjne romowy z rodzina przez telefon, kilka razy w roku. :frowning:
Widze czesto na tym forum jeszcze wieksze wpadki, co nawet mnie razi :smiley:
I to pochodzace od osob jeszcze w wieku szkolnym, ktore nie mialy jeszcze okazji zapomniec. :stuck_out_tongue:


#15

Oki, rozumiem, że od wielu lat nie mieszkasz w Polsce i mogłeś trochę pozapominać języka. Domyślam się też, że nie masz polskiej klawiatury :wink:
Sądząc po mieście, jakie podajesz jako swą obecną lokalizację to jesteś niezłym obieżyświatem, bo byłeś w RPA, a teraz w Australii :slight_smile: Pisząc o krajach, które lubię bardziej od RPA miałem na myśli m.in. Australię :slight_smile: i gdybym miał wybierać, gdzie chcę mieszkać :arrow_right: w RPA czy Australii to bym raczej wybrał Antypody :wink:
O australijskim kolarstwie i sporcie w ogóle na pewno napisałoby się więcej niż o tym w RPA. Australia zawsze miała wspaniałych kolarzy, zarówno szosowych, jak i torowych.


#16

No tak, polskiej klawiatury nie mam, ale mam nadzieje ze jakos mozna odkodowac moje posty pomimo braku wszelkich kresek i ogonkow. Przepraszam za to :blush:

No coz, lubie podroze i cieple kraje :smiley:
Za mlodych lat naczytalem sie ksiazek podrozniczo-przygodowych i jak juz mialem dosyc trenowania w zimie, a zwlaszcza naszego dawnego systemu politycznego, nadszedl czas aby zrealizowac swoje mlodziencze marzenia.
RPA bylo dobrym poczatkiem. Egzotyczny kraj, gdzie pomimo wszystko kolarstwo istnialo i to na niezlym poziomie. Moglem kontynuowac swoja kolarska przygode. To byla przyjemnosc trenowania caly rok na okraglo w krotkich spodenkach i krotkich rekawkach.
Zima (Kwiecien-Pazdziernik) to tam jest sezon szosowy ze wzgledu na mniejsze upaly.
A lato (Listopad-Marzec) to sezon torowy. Slonko mocniej swieci, ale na torze dystanse sa krotkie przez co nie jest az tak dokuczliwe. Zwlaszcza ze czesto torowe zawody odbywaly sie wieczorna pora. Tor latem byl dobra forma treningu i motywacji do trenowania. Po krotkiej parotygodniowej przerwie po sezonie szosowym. Dobrze bylo poscigac sie na torze aby nie zupelnie stracic tak zwanej podstawowej formy. Krotko, slodko i szybko to bylo motto scigania sie na torze i dobre przygotowanie szybkosciowe do nowego sezonu szosowego.

Oba kraje maja ten sam klimat, co dla mnie jest istotne :smiley:, ale roznica w podejsciu do sportu jest ogromna. W RPA kluby byly czysto amatorskie. Nie ma trenera, mechanika i tym podobnych osob normalnie zwiazanych z ze zdrowo dzialajacym klubem.
Klub byl tylko po to aby przez niego uzyskac licencje uprawniajaca do brania udzialu w wyscigach. Druga bardzo wazna rola klubu, bylo organizowanie wyscigow. A w sezonie byly zawsze prawie w kazdy weekend. Nie byly to wielkiej rangi wyscigi, raczej co wy byscie nazywali “ogorkami” ale byly i daly mozliwosc scigania sie czesto, przez co mlodzi mogli doskonalic swoje rzemioslo kolarskie. Kazdy trenowal sam w swoim zakresie i mozliwosci. Scigalem sie tam 16 lat, ale nigdy nie spotkalem kwalifikowanego trenera.
Ja zaczynajac swoje kolarstwo jeszcze w Polsce pod okiem trenera wynislem jakies nawyki i system trenowania specjalistycznego, ale wszyscy inni trenowali systemem przejechania danej ilosci kilometrow.

W Australii natomiast juz w klubach jest inne podejscie. Cycling Australia ( Auatralijski zwiazek kolarski) ma program aby szkolic trenerow w kazdym klubie. Kazdy klub ma mozliwosc zgloszenia ochotnikow ze swego grona na podjecie kursu trenerskiego, aby potem moc pomoc pozostalym czlonkom klubu w opracowywaniu indiwidualnego programu treningu. Poniewaz jest to jeszcze na amatorskim poziomie, zawodnicy w klubie maja swoja dzienna prace zawodowa, wiec nie ma grupowych treningow. Kazdy trenuje sam w wolnym dla niego czasie. Ale maja juz jakas pomoc w zakresie sensownego treningu.

Jesli ktos wybija sie dobrymi wynikami, zostaje objety centralnym szkoleniem danego Stanu czyli Stanowego Instytu Sportu. Jesli sie wybija jeszce bardziej na arenie krajowej to taki zawodnik zostaje wlaczony do programu szkolenia w Australijskim Intytucie Sportu.
Tam, taki szczesciarz ma juz opieke zupelnie profesjonalna. Zakwaterowanie w Instytucie i codzienne zajecia z trenerem, masazysta, psychologiem, lekarzem itp.
Kolarze szosowi tego Instytuta maja takze baze we Wloszech, gdzie scigaja sie przez wiekszosc sezonu w europejskim peletonie.
Z takim podejsciem nie dziw ze produkuja swiatowej klasy kolarzy. I to kraj z populacja o polowe mniejsza od Polski i bez takich tradycji kolarskich.

O podejsciu do sportu w tym kraju swiadczy fakt, ze bedac krajem bez zadnych tradycji sportow zimowych zainwestowal w dziewczyne, ktora jesze dwa lata temu nie widziala sniegu na oczy wysylajac ja na Zimowe Igrzyska Olimpijskie do Turynu.
Dla tej jednej dziewczyny zatrudnili trenera z Kanady i pokryli koszty dwuletniego programu szkoleniowego wlacznie z ich pobytem w Europie podczas calego sezonu zimowego, aby przygotowac ja do Olimpiady. I to tylko dlatego aby ich kraj mogl byc repezentowany podczas Zimowech Igrzysk Olimpijskich :exclamation:
O ile pamietam ta dziewczyna z austrlijskich plaz, zajela lepsze miejsce na olimpiadzie zimowej niz Polska gdzie, chcac czy nie, zima przychodzi co roku. :smiley:


#17

Australia kocha sport. Chodź jak wspomniałeś populacja jest o około połowę mniejsza niż w Polsce (jakieś 20 mln mieszkańców) to sportowców najwyższej klasy jest tam o wiele więcej niż u nas… Wydaje się nawet, że to właśnie sport łączy ten kraj, w którym to przecież żyją ludzie, którzy pochodzą z najrozmaitszych zakątków świata :arrow_right: Bałkanów, Azji, innych krajów Oceanii czy Polski.
Australię można uznać za potęgę w wielu sportach :arrow_right: w pływaniu, hokeju na trawie, rugby, surfingu, koszykówce, boksie tajskim itd. W piłce nożnej (w Australii to chyba nazywa się soccer :wink: ) także idzie jej co raz lepiej.

Nie wiem, skąd u Ciebie ta ekscytacja tą jedną zawodniczką. Przecież w Turynie wystartowało około 40 :exclamation: reprezentantów Australii :exclamation: Tu możesz sam zobaczyć, ilu ich było :arrow_right: AUSTRALIJCZYCY NA IO . Mało tego. W stolicy Piemontu zdobyli… 2 medale olimpijskie :arrow_right: złoty i brązowy :exclamation: a więc spisali się lepiej niż biało-czerwoni :stuck_out_tongue: Oba medale Australia zdobyła w swym koronnym sporcie zimowym, czyli narciarstwie akrobatycznym. Złoto zdobył Dale Begg-Smith, a brąz Alisa Camplin. Bardzo dobrą zawodniczką jest też Lydia Ierodiaconou (pewnie z pochodzenia Greczynka), ale medalu nie zdobyła. Trzeba także pamiętać, że w Salt Lake City także był medal i to złoty - w short tracku w pamiętnym wyścigu, gdy to na jednym z zakrętów wszyscy uczestnicy biegu się wywrócili, tylko nie Kangur (nie pamiętam, jak się nazywał) :slight_smile:

PS. Reprezentacja Australii w narciarstwie akrobatycznym ma przydomek ‘‘Flying Kangaroos’’, czyli ‘‘Latające Kangury’’ :slight_smile:


#18

Widze, mario, ze jestes doskonale poinformowany w temacie :smiley:

Ja oczywiscie wiem ze Australia miala kilkadziesiat uczestnikow w Turynie i nawet dorobek medalowy, ale nimi sie tak nie “ekscytuje” :smiley:
A to z tego powodu, ze te przypadki niczym tak wielkim sie nie roznia od innych. Te osoby trenowaly swoj sport od dawna, na wlasne konto w czesci stanu Nowej Poludniwej Walii, gdzie podczas zimy spada troche sniegu w gornych partiach gor lub na stokach Europy i USA. Robili to dla swojej frajdy i satyfakcji dochadzac do jakiegos przyzwoitego poziomu, przez co zostali powolani do reprezentowania Australii na IO.

Przyklad tej dziewczyny o ktorej wspomnialem, a dokladnie Michelle Steele, bo tak sie nazywala, byl zupelnie dla mnie przynajmniej niezwykly. Wyobraz sobie 17 letnia ratowniczke na plazach Polnocnego Queensland, ktora nigdy sniegu nie widziala i nawet nie wiedziala co to jest skeleton. Kontaktuje sie z nia krajowy zwiazek olimpijski i proponuje jej by sprobowala dyscypliny o ktorej nie miala pojecia, z mysla o wystepie na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich. Chcieli aby zaprezentowala Australie w tej dyscyplinie sportu w ktorej nie mieli przedstawiciela. Dla niej jednej zatrudnili trenera z Kanady i opracowali dwuletni program przygotowawczy, uwzgledniajacy pobyt podczas zimowego sezonu w Europie i Polnocnej Ameryce na wszelkich zawodach. W Australii nie ma stosownego toru, wiec caly program musial byc zrealizowany za granica, przez co bardzo kosztowny.
Skoro Ciebie ten przyklad nie “ekscytuje” widocznie takie przypadki w Polsce to codziennosc. :stuck_out_tongue:

Troche znowu odbiegamy od tematu. Mialo byc o Kolarstwie w RPA a zeszlismy na sport zimowy w Australii. :smiley:
Ale podalem ten przyklad, aby porownac jak Australia podchodzi do sportu i jakich kosztow jest gotowa podjac, aby sie zaprezentowac na swiatowej arenie. Wiec nie dziw, ze kolarstwo i sport jako calosc w Australii jest na duzo wyzszym poziomie niz w Polsce, pomimo ich mniejszej populacji i odizolowania od swiatowego sportu ze wzgledu na dystans jaki ich dzieli od switowej czolowki (w kilometrach oczywiscie ).
W Polsce zwiazku nawet nie stac na bobsleja dla swojej reprezentacji. Musieli sie petac i pozyczac od innych ekip. Przypomina mi to film “Cool Running” o druzynie z Jamajki :smiley:

A ten lyzwiasz Australijski, ktory wygral zloty medal, kiedy wszyscy inni sie przewrocili na olimpiadzie w Salt Lake City, to byl Steven Bradbury :slight_smile:


#19

Po kolei :arrow_right:

Cóż… Bardzo mnie interesuje temat sportu w Australii, choć bez ogródek powiem, że przy sportach zimowych troszeczkę pomagał mi Internet :wink:

Oczywiście, że jest to bardzo interesujące, bowiem miała 2 lata na trenowanie zupełnie nieznanego sobie i zarazem bardzo trudnego sportu, jakim niewątpliwie jest skeleton. A to, że Australijski Związek Olimpijski zagwarantował jej warunki do treningu i trenera z czołowego kraju w tej dyscyplinie :arrow_right: Kanady to bardzo dobrze świadczy o związku. Chciał poprzez tą dziewczynę w zawodach pokazać, że Australia to nie tylko sporty letnie, a przy okazji dodatkowa reklama dla kraju :wink: Co do Polski, to oczywiście w niej jest i lato i zima (ze śniegiem), a w Australii niekoniecznie, więc takich przypadków raczej nie ma, ale sądzę, że PKOL mógłby w kilku słabszych dyscyplinach (np. wspomniany skeleton) wysłać naszych zawodników gdzieś zagranicę na kilka lat, by mogli trenować pod okiem profesjonalistów, ale niestety, raczej tak nie robi.

Zawsze można przecież stworzyć nowy temat, w tym przypadku dotyczący australijskiego sportu :wink:

Australia sport traktuje bardzo poważnie i jak już się za niego zabierze, to na maxa, o czym niech świadczy piłka nożna (soccer). Od ostatnich MŚ na Antypodach zapanowało istne szaleństwo na punkcie futbolu i obecnie dużo się mówi o tym, że w 2018 światowy czempionat odbędzie się właśnie tam, a trzeba zauważyć, że po IO w Sydney stadiony już tam są.
Kraj ten chce reklamy, normalny człowiek o Australii powie Ci, że są tam kangury, koale, owce, opera w Sydney i Aborygeni. Ale Australia chce być postrzegana także, jako państwo sportu, gdzie dla ludzi sport jest czymś bardzo ważnym. Jak już w innym poście wspomniałem, ludzie tam mieszkający mają różne rodowody i potrzebują czegoś, co by ich wszystkich połączyło, a wiadomo, że ludzi najlepiej łączy właśnie sport :slight_smile:

Z tego co wiem oni, tak jak Michelle Steele mieli tylko 2 lata na przygotowanie się do IO i gdyby nie upadek w jednym ze ślizgów, to zawody ukończyliby na wysokiej pozycji. Więc jak się naprawdę chce, to można nawet i takich rzeczy dokonać.

Miałem to nazwisko na końcu języka, dzięki :wink: