Przyczyny, okoliczności zapaści naszego kolarstwa szosowego


#1

Wiedziony wypowiedzią „timd” z niedzieli 24 Wrz, 2006 godz. 21:55, zamieszczoną
forums.rowery.org/viewtopic.php? … &start=125
o treści następującej: „Lucjanie, a może warto wrócić do tzw. “szkolenia centralnego”. Ostatnie sukcesy na MŚ uzyskiwali kolarze, którzy wywodzili się jeszcze z takiego systemu szkolenia. A nasi kolarze jeżdżą tak jakby nigdy nie zaznali ręki dobrego trenera . I chyba wiedza o treningu samych zawodników nie jest zbyt duża. Mamy szkoły mistrzostwa sportowego gdzie szkoli się kolarzy. Po ukończeniu szkół najlepsi powinni być objęci opieką i szkoleniem centralnym, aby w pełni ich ukształtować. To chyba jedyna szansa dla polskiego kolarstwa, bo tzw. kolarstwo zawodowe odbija nam się czkawką i wychodzi z tego kiepska amatorszczyzna.”
jako odpowiedź na mój post z niedzieli 24 Wrz, 2006 godz. 19:28 znalazłem chwilkę czasu, by ad hoc, przedstawić kilka tez z moich nieusystematyzowanych niestety przemyśleń nad „kolejną dyscypliną – kolarstwem - która nie może się rozwinąć w pełni, ergo powrócić do lat dawnej świetności”.
Poniżej zawarłem zaledwie elementarne powody/przyczyny, spośród tych - które udało mi się szybko przypomnieć i wymienić - przyczyn zapaści naszego kolarstwa szosowego. Wypowiedzi nie kończę wnioskami ani próbą podsumowania, traktując ją jako przyczynek mogący wywołać dalszą dyskusję.
Jestem przekonany, że szanowni forumowicze niechybnie i niezwłocznie dorzucą garściami przykłady i swoje 3 grosze oraz uzupełnią/sprostują moją „klasyfikację problemów”.
Niecierpliwie na to czekam, bym mógł poszerzyć swoją wiedzę o dyskutowanej materii. Szczególnie marzą mi się wypowiedzi zawodników, przedstawiające ich odczucia i punkt widzenia, z perspektywy peletonu.

Moja teza ogólna:
• powstanie w Polsce kolarstwa zawodowego i powołanie grup profesjonalnych spowodowało odpływ najlepszych zawodników do tychże teamów, czym zubożono możliwości rywalizowania w klubach amatorskich i na wyścigach organizowanych w tej randze,
• w krajowych teamach profesjonalnych, działających (w dużym uproszczeniu rzecz biorąc) na zasadach z grubsza biorąc, jak podmiot prowadzący działalność gospodarczą, w zasadzie już nie szkoli się zawodników. Ich się zatrudnia do wykonania określonych zadań z zakresu marketingu, poprzez udział i próbę zajmowania jak najwyższych miejsc w imprezach kolarskich (celowo nie używam tutaj określenia WYŚCIGACH, zainteresowanych odsyłam do moich wypowiedzi i sądów, iż wyścigi organizowane tylko teamów zawodowych, w tym szczególnie cykl Pro Tour uważam za CYRK KOLARSKI). Zawodnik – tak jak każdy pracownik kontraktowy – ma się sam należycie przygotować do wykonania podjętego się zadania (woziwoda, sprinter, zaczynający akcje zaczepne, likwidujący ucieczki), w tym celu trenując,
• jednoczesna transformacja (czytaj zmiany w zakresie zadań ustawowych i sposobie ich finansowania przez budżet państwa i budżetu samorządów) spowodowały określone zmiany w strukturze klubów kolarskich, potrzebach i możliwościach prowadzenia szkolenia, itp.
W następstwie tego:
• brakuje obecnie kolarstwa masowego, mającego za cel wyławianie utalentowanych dzieci i młodzieży i dalszą promocję ich talentu, poprzez zachęcanie do uprawiania kolarstwa w formie zorganizowanych zajęć treningowych w klubach/sekcjach kolarskich. Jednakże:

  • młodzież i dzieci po prostu pod jakimkolwiek pretekstem stara się unikać wysiłku, a o ekstremalnym poprzez trening kolarski nie chce w ogóle słuchać. Jeżeli już jakiś wysiłek im imponuje, to najprawdopodobniej w wydaniu drechów (goła łepetyna poparta pakowaniem na siłowni).
  • trening kolarski jest jednym z najtrudniejszych i najżmudniejszych, zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym, a wyniki treningów są zauważalne dopiero po dość długim okresie uprawiania sportu i nie zawsze pierwsze doświadczenia związane ze startem w peletonie są pozytywne (często pierwsza kraksa, siniaki, szlify, porażka). Budowanie wytrzymałości trwa niezwykle długo i trzeba doprawdy hartu ducha i motywacji by trenując w znoju dotrwać i doczekać wyników sportowych.
  • podjęcie treningów kolarskich przez młodego osobnika rodzi określone następstwa dla rodziców: zwiększone potrzeby żywieniowe (co przy skromnych budżetach domowych jest często nierealne) i zracjonalizowanie żywienia (wymaga zdobycia przez domową kucharkę, czyli mamę, odrobiny wiedzy z zakresu dietetyki i żywienia sportowca),
    • upadek i w następstwie brak klubów, szkół sportowych mogących przyjąć i zapewnić podstawowe szkolenie utalentowanych dzieci i młodzieży.
  • takie kluby (środowiskowe, szkolne, przyzakładowe, miejskie, gminne, wiejskie, itp.) powinny być w każdej gminie, choćby po to by młody sportowiec miał blisko na treningi, by miał trenera/instruktora niemal w zasięgu ręki, na każdym treningu. Przytoczę tutaj jak potężne było kolarstwo szosowe w wydaniu wiejskim, w klubach pionu LZS,
  • nieliczne istniejące kluby nie są zainteresowane szkoleniem masowym, bowiem rozliczane są (przez organ finansujący działalność – na ogół jest to samorząd lokalny) z wyników sportowych (na makroregionie, na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży, itp.). Zatem klub taki jest zainteresowany tylko zawodnikiem coś już umiejącym, mogącym być dostarczycielem punktów w rozmaitych rankingach i tabelach, od których zależy kwota dotacji na kolejny rok działalności klubu. Zawodnik taki jest nadmiernie eksploatowany, bez uwzględnienia/patrzenia przez trenera na możliwość zajechania młodzieńca i niemożność uzyskania w przyszłości jego dalszego rozwoju sportowego.
  • zmianowość nauki w szkołach utrudnia trenowanie w sposób metodologiczny.
  • brak ciągłości szkolenia. O ile jeszcze jest możliwość szkolenia do wieku juniora, to co później. Nie ma klubów mogących/chcących szkolić ORLIKA. Orlik to wyjątkowo niewygodny zawodnik – raz, że wymaga jeszcze rozsądnego prowadzenia by się nadal rozwijał, wzbogacał wydolność i swoje umiejętności (a więc trzeba mu poświęcać czas i opiekować się nim), dwa, że jest on jeszcze relatywnie mniej wydolny od zawodnika ELITY, który już coś niecoś gwarantuje i nie stwarza takich problemów szkoleniowych (treningi są bardziej ukierunkowane na podtrzymanie posiadanej już wydolności). Zatem młodzież, o ile dotrwa do końca kategorii JUNIOR, nie ma później możliwości dalszego uprawiania kolarstwa i kończy bezpowrotnie przygodę ze sportem, nie rozpocząwszy jej na dobre.
    • sprzęt i wyposażenie osobiste zawodnika.
  • utrzymanie klikunastoosobowego klubu, wymaga w zależności od kategorii wiekowej i statusu klubu, budżetu przeciętnie 5 do 100 tys. zł rocznie na zawodnika. A kto da takie pieniądze klubowi? Nawet gdyby znalazł się jakiś pasjonat i zechciał poprowadzić klub za darmo (bez wynagrodzenia) to ceny sprzętu szosowego, nawet podstawowego, do początkowego szkolenia są za wysokie na kieszeń przeciętnego Polaka. Którego z rodziców stać by za 2 - 3 tysiące kupić coś roweropodobnego, by syn mógł sensownie trenować. Kluby są biedne, nie dają sprzętu, a jeżeli dają to koszty utrzymania tego sprzętu (serwis, wymiana części zużywających się lub uszkodzonych awaryjnie, np. w kraksie) często obciążają kieszeń zawodnika (tak jest np. w przypadku trenowanego przeze mnie Orlika, który dysponuje przeciętnym sprzętem, bez kompletu kół wyścigowych, czasowych, treningowych, z kasetą z przełożeniami szosowymi –brak czasowych i górskich-, bez zapasu dętek i opon, bez ….). Jak zatem zawodnik ma walczyć w peletonie, na finiszu, jeżeli skutki potencjalnej, acz niezawinionej kraksy obciążą jego kieszeń, a wynagrodzenia nie ptrzymuje, wymaga się od zawodnika masochizmu. Nawet najbardziej zadbany sprzęt psuje się niesamowicie szybko, wskutek ścigania się po naszych drogach. A co tu mówić o rowerach prawie wyczynowych za ok. 10 tys. zł lub o cackach profesjonalnych za więcej aniżeli 20 tys. zł, który można skasować podczas jednej wywrotki.
  • kompletny ubiór (letni+zimowy) to spory wydatek, niemożliwy do udźwignięcia przez kluby. Wystarczy spojrzeć jak na wyścigach ubrani są zawodnicy (szczególnie w niższych kategoriach wiekowych), za duże, pocerowane koszulki, spodenki od innego kompletu, miast profesjonalnej potówki zwykła bawełniana podkoszulka, ważąca po wyścigu z kilogram więcej od wchłoniętego potu. Rozgrzewka w codziennie używanej kurtce, a gdzie odpowiednia wiatrówka, pelerynka, itp.?
    • sprawa szeroko rozumianego zdrowia.
  • brak elementarnej opieki lekarskiej zwłaszcza ze strony lekarzy sportowych, kasy chorych nie obchodzi, że ktoś uprawia kolarstwo i wymaga zwiększonej troski i opieki zdrowotnej, częstszego przeprowadzania badań, w tym wydolnościowych, które należałoby zrobić przynajmniej ze dwa razy w sezonie - przed i po, a kosztuje ono kilkaset złotych.
  • a co z dożywianiem suplementami: aminokwasami, witaminowo-mineralnymi i węglowodanami. Organizm kolarza to istna kotłownia, zawodnik spala w czasie wysiłku po kilka tysięcy kalorii. Normalne jedzenie wykończyłoby mu wątrobę i żołądek - nie strawiłby takiej ilości pokarmu. Muszą to być koncentraty, które są niezmiernie drogie.
  • nie wspominam o sanatorium po zakończeniu sezonu, w celu zregenerowania zabiegami organizmu w tym szczególnie układu kostno - stawowego i mięśniowego.
  • szczęście, że kolarstwo szosowe w przeciwieństwie do konkurencji technicznych (np. lekkoatletyka, piłkarstwo, narciarstwo) nie jest konkurencją sprzyjającą powstawaniu przewlekłych i trudnych oraz kosztownych w leczeniu kontuzji układu kostno – stawowego i mięśniowego. Kolarze szosowi mają z tym mniej problemów, ale już schorzenia układu oddechowego i krążeniowego to w kolarstwie niemal reguła, wymagająca starannej profilaktyki i leczenia, podobnie uciążliwą dla kolarzy szosowych przypadłością są złamania/wybicia w następstwie wywrotek, wymagające niezwłocznej interwencji chirurgicznej bądź ortopedycznej. A co lekarza obchodzi że ma do czynienia ze sportowcem, niech czeka w kolejce kilka tygodni na operacje, na zabieg, itp.
    Problemy te i związane z tym niebotyczne wydatki przeżyłem ze swoim synem, na przestrzeni całej jego kariery sportowej, brr, brr.
    • stan naszych dróg - jakie są wszyscy wiemy.
  • na drogę w godzinach szczytu wyjeżdżają na rowerze popedałować desperaci albo kolarze naprawdę zaprawieni w boju z ciężarówkami i kierowcami aut osobowych o kawałek miejsca na asfalcie. Ja sam wprawiony w walce o przetrwanie bicyklem i autem na drodze, w ubiegłym roku przyblokowany przez auto glebnąłem na dziurze, wybijając sobie w dłoniach wszystkie palce (na szczęście tylko palce). Jeżeli nawet znajdzie się odcinek drogi nadający się na treningi i gwarantujący jakie takie bezpieczeństwo, to nie zawsze można na nim szkolić wszystkie elementy umiejętności kolarskich. A co z treningiem szybkości i wytrzymałości szybkościowej za motocyklem/autem.
  • tras o charakterze górskim są tylko na południu naszego kraju, zaś moreny polodowcowe na północy kraju nie dają jednak takich możliwości treningowych,
    • sprawa treningów. Kiedyś zawodnicy zrzeszeni w klubie pochodzili z jednego miasta lub z pobliskich miejscowości i odbywali treningi tzw. wspólne/klubowe, pod osobistym nadzorem trenera. Szkolenie indywidualne obejmowało elementy specjalistycznego treningu i też często był przy tym obecny trener. Obecnie zaś:
    • jeżeli odbywany jest trening klubowy, to i tak jest on planowany pod kątem potrzeb szkolenia najlepszego zawodnika, pozostali albo wytrzymają reżim treningowy i będą się rozwijać albo polegną zarżnięci trudem obciążeń treningowych, co jest niestety częstszym zjawiskiem. W mojej ocenie – a odnoszę ją szczególnie do młodych zawodników szkolonych w SMS rodzi to niebezpieczeństwo, że trening taki słabszemu zawodnikowi miast przynieść pożytek może zaszkodzić. Wszak młodzież ma różny poziom zdolności adaptacyjnych i reakcji na bodźce treningowe i potrzeba im przede wszystkim zindywidualizowania zajęć i objętości oraz intensywności ćwiczeń, a tak się bardzo rzadko w klubach postępuje, z różnych zresztą względów, których tutaj już nie podnoszę,
  • klub (a szczególnie dotyczy to teamów zawodowych) zrzesza zawodników, którzy mieszkają w różnych miejscach kraju i trenera widzą praktycznie jedynie podczas obozów i wyścigu.
  • wielu zawodników nie ma nawet opracowanych indywidualnych planów treningowych na sezon i trenują na „czuja”, czyli sami sobie dozują i dobierają obciążenia i intensywność treningów, ale bez częstego weryfikowania stanu postępów w budowaniu formy poprzez badania i diagnostykę laboratoryjną w tym np. w tunelu aerodynamicznym (zawodowcy z Pro Touru mają to na skinienie palcem, więc w każdej chwili wiedzą co jest w płucach i pod nogą). O ile może sobie na to pozwolić zawodnik już doświadczony, dobrze znający swój organizm i jego reakcje oraz mający szeroką wiedzę o fizjologii wysiłku, o tlenowych i beztlenowych źródłach energii, o funkcjonowaniu mechanizmów funkcjonowania układu nerwowego, o płuco-sercu, o budowie i funkcjonowaniu układu kostno stawowego i swobodnie poruszający się w meandrach dietetyki, to pozostawienie w treningach samego sobie młodego niedoświadczonego zawodnika jest nieporozumieniem. Jego trening będzie stratą czasu i nadwerężaniem zdrowia. Nawet jeżeli taki zawodnik robi postępy i rozwija się to na pewno następuje to o wiele za wolno, nie uruchamia wszystkich potencjalnych możliwości swojego organizmu.
  • inna sprawa, to to, że wielu zawodników trenuje w samotności. Zastanówmy się, jakiej wymaga odporności psychicznej, by móc spędzać w samotności godziny treningów, po tych samych drogach, po tych samych dziurach, obok pędzących samochodów, a tu trzeba jeszcze się samokontrolować, podawać sobie sygnał: do sprintu na znaki, do zaciągu, pilnowanie pulsu (kadencji, przełożenia, czasu) podczas treningu tempowego i podczas jazdy odpoczynkowej pomiędzy poszczególnymi ćwiczeniami, jak zrobić parokilometrowe sekwencje treningu tempowego, gdy co chwila coś zajeżdża drogę, spycha na pobocze, krzyżuja się drogi, ktoś nań wjeżdża, ktoś inny je opuszcza, trzeba hamwać. Nie wspomnę ileż to potrzeba samozaparcia by kręcić interwały, kiedy noga robi się miękka, oddech się rwie a tu trzeba sobie wydać komendę „kolejny interwał, jedziesz ….”.
  • brak środków finansowych istotnie ogranicza możliwość wszechstronnego szkolenia zawodnika (potrzebne są obozy w tym w górach – kondycyjne i specjalistyczne). Nieodbycie szkolenia w terenach górskich bez wątpienia pogarsza przygotowanie się do sezonu i zawęża umiejętności zawodnika, zabija chęć ścigania się w wyścigach górskich. Pozostaje kwestia gór jako terenu treningowego. Polskie Tatry, Beskidy, Bieszczady? Kiedyś nie było problemu, rower na ostre koło, błotniki i wspinaczka na przełęcz Salmopolską w śniegu, ale obecnie, który zawodnik by to zaaprobował? Czy nasze polskie góry są wystarczające do ponoszenia umiejętności w stosunku do potrzeb umożliwiających skuteczną rywalizację z zawodowymi zespołami włoskimi, hiszpańskimi, francuskimi, czy może bardziej wskazany byłby w tym celu wyjazd zimowo-wiosenny w hiszpańskie góry Sierra Nevada (ale tam znowu dylemat: spać na górze a trenować nisko w okolicach Granady, czy może spać nisko a trenować wysoko lub też może trenować wysoko i spać wysoko w ośrodku szkoleniowym hiszpańskiego komitetu olimpijskiego /nota bene pomysłodawcą budowy tego wspaniałego centrum treningowego na wysokości niemal 2,5 tys. m npm. był Polak Stefan Paszczyk, który swego czasu doradzał Hiszpanom/, może na Teneryfę powspinać się rowerkiem na wypiętrzony nieczynny wulkan, a może na którąś z wysp śródziemnomorskich lub do pachnącej ziołami Prowansji na Lazurowym Wybrzeżu by zmierzyć się z trasami treningowymi Lance Armstronga, w tym z podjazdem na szczyt Madonne?) Fajnie, tylko ilu zawodników zabrać, czym zapłacić za taki wyjazd. Naszych zawodników na takie fanaberie nie stać, kolarzy z Pro Touru zaś stać i chłopaki podczas górskich etapów TdF, Giro, Vuelta zaginają na najtrudniejszych nawet podjazdach z dziecinną łatwością, nasi w większości wymiękają już na Orlinku. Tę umiejętność jazdy po górach trzeba wytrenować, latami żmudnego treningu.
    • brakuje działaczy, trenerów, instruktorów chcących/umiejących coś zorganizować, zaangażować się w szkolenie sportowców kolarzy szosowych.
  • dokonał się potworny postęp w naukowo zinterpretowanej metodyce treningu kolarza szosowego. W tym celu szkoleniowcy powinni permanentnie powinni podnosić swoja wiedzę, wiedzę obejmującą kilka dyscyplin (biomechanika, fizjologia wysiłku, medycyna sportowa, anatomia, itp.). A taka nauka kosztuje, materiały są trudnodostępne lub wydane w obcych językach,
  • za darmo to obecnie nikt nie za bardzo chce kiwnąć palcem, a co tu mówić o planowaniu treningów, nadzorowanie treningów dla grupy zawodników, zapewnić im bezpieczeństwo, jeżdżenie kilkadziesiąt dni w roku na wyścigi tp. itd. Na pensje dla szkoleniowców brakuje wszystkim pieniędzy.
    • problem naszej rodzimej Federacji kolarskiej - PZKol.
  • istnienie tej federacji w takim zakresie i na takich zasadach, to problem sam w sobie, potężny i złożony, jak dorzecze Amazonki,
  • ludzie tam zatrudnieni/wybrani w ogóle nie mają pojęcia, jak ma wyglądać proces przygotowywania kadr trenerskich, znalezienia sponsorów mogących finansować kolarstwo i szkolenie początkowe. Można napisać epopeję na temat nieporadności i braku koordynacji działań ze strony federacji. Na stronie internetowej PZKol nie znajdzie się np. kompletu regulaminów wyścigów rozgrywanych pod auspicjami Federacji, nie znajdzie się również na owej stronie kompletu wyników z tych wyścigów, co w dobie powszechnego dostępu do Internetu może szokować. Wyniki wyścigów – nie wszystkich oczywiście – zamieszcza zaś, od przypadku do przypadku organizator wyścigu albo na swojej prywatnej stronie internetowej jeden z sędziów. Na mój gust to jakieś nieporozumienie. Ale znam przypadek innej naszej federacji, której pracownik zbiera wyniki zawodów i zamiast je zamieszczać na stronie internetowej federacji, wyniki zawłaszcza i publikuje je w drukowanych i rozprowadzanych na swój koszt (w ramach prowadzonej działalności gospodarczej) broszurach, sprzedawanych za niemałe pieniądze. Dla przykładu podam, że w USA zbiór wyników z tej samej dyscypliny sportu można dostać (w wydaniu książkowym lub na CD) za darmo, po internetowym zamówieniu.
  • problem jakości sędziowania. Zdarzające się liczne pomyłki, złośliwości wobec zawodników, dopisywanie wyssanych z brudnego palca karnych minut lub utraconych okrążeń, mylenie zajmowanych miejsc, np. podczas jednego z wyścigów trenowany przez mnie zawodnik ukończył wyścig na pozycji 25 w generalce, a chyba 6 w Orlikach (łapałby się na premię pieniężną), co potwierdzają nawet zdjęcia z wyścigu, zamieszczone na stronie organizatora, a „zacni i obiektywni” sędziowie wspaniałomyślnie w rubryce WYNIK napisali w komunikacie z wyścigu ABANDON. Napisałem w tej sprawie skargę do Szkol i co ? cisza, mają to w 4 literach. Szlag może człowieka trafić na takie dictum, a co ma powiedzieć zawodnik, którego trud i walka podjęta na trasie by zająć jak najlepsze miejsce zostały tak skwitowane przez niedorobionych sędziów.
  • wzbudzająca zawsze emocje sprawa badań antydopingowych, a w zasadzie ich brak podczas krajowych wyścigów, w tym szczególnie rangi mistrzowskiej. To faktycznie ciemniejsza strona naszego krajowego kolarstwa. Ale to temat sam w sobie.

#2

Tak z punktu widzenia człowieka, który na rowerze jeździ rekreacyjnie, to pojawia się jeszcze jeden problem: niewłaściwa mentalność. U nas kolarstwo nie jest sportem tak popularnym, jak np. w Hiszpanii czy we Włoszech. W Polsce rower postrzega się raczej jako środek transportu, ewentualnie urządznie rekreacyjne (w sensie, przejechać 5 km po bulwarach albo po mieście, do tego co niektórzy dla szpanu). Ja sam pamiętam ile było w domu śmiechu, jak kupiłem pierwsze spodenki kolarskie z wkładką czy ile było gadania z jazdą w zimie :neutral: . Nie mówie już o składaniu/kupowaniu roweru nadającego się do sportowej jazdy - najlepsza kwestia to wysokość kierownicy, no bo jak można jeździć z kierownicą niżej niż siodełko :wink: . Tak sobie myślę, że w takiej sytuacji dobrze będzie, jeżeli młody człowiek w ogóle na rowerze będzie bardziej ambitnie jeździł, nie mówiąc już, że zaświta mu pomysł wstąpienia do jakiegoś klubu :frowning: .


#3

Myślę, że sprawa jest ciężka. Nie można obwiniać genów, bo kiedyś kolarstwo w Polsce było dobre, fakt, że były inne czasy ale lepiej było nie da się tego ukryć. Ale od jakiegoś czasu wszyscy widzimy powolną agonię tego sportu, który wielu chce uprawiać i zainteresowanie jest spore nawet w naszym kraju bez wielkich tradycji kolarstwa jako sportu narodowego. Przydał by się bardzo taki Malysz, Kubica czy Otylka na rowerze, wtedy pewnie więcej młodzieży ciągnęło by w stronę tego sportu i pewnie kasa by była większa. Niestety jak już kiedyś (wczoraj) pisałem koło się zamyka jak nie ma kasy nie ma szkolenia, bez szkolenia wyników a bez wyników kasy. Kolarstwo to jeden z najcięższych sportów na świecie, więc nawet najgorszy kolarz jest i tak wybitnym sportowcem powiedział kiedyś śp. Pantani i ma racje, takie są czasy, że młodzież zamiast porządnie dać sobie w kość na treningu woli walnąć browarka albo do rana siedzieć przed kompem i grać w Counter Strikea niż być nawet tym najsłabszym ale jednak wybitnym sportowcem. Kiedyś było też inne trenowanie, oprócz roweru był:
ogólny rozwój na najwyższym poziomie,
marszobiegi, ciężkie i długie
siłownia
piłka nożna, halowa, koszykówka
przełaj i słynne ostre koło
basen
narty biegowe
i chyba najważniejsze – zgrupowania pod okiem trenera
i to wszystko robione było w grupie więc jakaś rywalizacja kształtowała się w głowach zawodników już w zimie. Automatycznie dając z siebie więcej zawodnicy chcąc nie chcąc podnosili swój poziom.

ale to były inne czasy, czasy młodzieńcze, Ci którzy uważali na lekcjach (czyt. Treningach) i słuchali nauczyciela (czyt. Trenera) teraz sobie jakoś radzą. Teraz jest moda na zagraniczne kolarstwo, nie mówię, że u nas wszyscy jeżdżą tylko na rowerach bo w naszych warunkach się po prostu nie da. Ale kolarz zawodowy jeśli nie postara się o współpracę z fizjologiem nie ma praktycznie trenera, kolarz zawodowy jest zdany sam na siebie, ma być po prostu dobry i prawda jest taka że grup to nic nie obchodzi. Nie ma kasy na zgrupowanie po sezonie, regeneracyjne, czy zaraz po sylwestrze gdzieś w Zakopanym żeby popracować nad silą ogólną, to większość robi we własnym zakresie. Wyjątkiem jest Knauf Team – oni mieli tej wiosny chyba z pięć zgrupowań – wyników raczej nie musimy szukać bo widać je na każdym kroku. Sprawa jest prosta, inwestycja = wynik. Ale to nie tyczy się tylko elity, problem zaczyna się dużo wcześniej, i tu od podstaw trzeba by zrobić jakąś rewolucję. Kto się tego podejmie, nie mam pojęcia, jedno jest pewne jest źle i będzie coraz gorzej – dowód – jak ja zapisałem się do klubu razem ze mną zapisało się 40 kandydatów, po zimie zostało 20 najlepszych i najbardziej zdyscyplinowanych. Teraz przychodzi 3 i to takich, że wtedy by ich nawet na salę nie wpuścili.

Problemem jest również cala struktura podatkowa i prawna kraju, sportowcy ciągle mają pod górkę. Ja ścigając się w wyścigach zarabiam pieniądze, place ZUS dzięki temu że się ścigam i jest to moja praca, ale jak już zgłaszam się do ZUSu po odszkodowanie za rozwalony bark to kręcą nosem bo nie są pewni czy to aby na pewno jest legalne i czy podepną to pod swoje przepisy. Tak samo mają grupy kolarskie. A przecież wystarczy zwolnić je z np.: Vatu za samo paliwo, podatku dochodowego nie płacą na szczecie. Gdyby Państwo chciało to by pomogło ale jest zbyt pazerne, zdzierają z każdego jak mogą,

Do tego dochodzą:
Fatalne drogi, brak kultury na drodze w relacji kierowca – rowerzysta
Brak ścieżek rowerowych
Bark grup Pro Continental i startów Polaków za granicą w dobrych wyścigach
Brak dobrych wyścigów w Polsce ( oprócz TDP)
Brak kadry fizjologów, lekarzy, psychologów
I brak promocji kolarstwa.

to tyle na razie.


#4

A ja myśle, że źle robimy odnosząc się tylko do kolarstwa.
Problem dotyczy całego sportu. Generalnie kultury fizycznej wogóle.
Skoro dzieciaki w szkołach mają lekcje WFu zastępowane religią (nie urażając niczyich uczuć) lub innymi lekcjami “zastępczymi”, skoro brakuje nauczycieli WFu w szkołach i zajęcia prowadzą np. nauczyciele nauczania początkowego - i wreszcie - skoro nie ma pieniędzy dla szkół na prowadzenie zajęć poza lekcyjnych (różnych: kółka mat-fiz, plastyczne, no i oczywiście SKSy) - to co tu sie dziwić, że dzieciaki i młodzież nie “ciągną” to sportu skoro nikt ich do tego nie “wciąga”.
Przykłady: sala gimnastyczna w szkole po lekcjach zamknięta. Wogóle po 16ej szkoła zamknięta. Ale jak się zgłasza grupa facetów, która chce sobie po południu/wieczorem na tej sali pograć (siatka/kosz/piłka) to płacą na spółke 100-150zł/h i mogą grać.
Gdyby szkoła miała te 150zł + kasa dla nauczyciela, to mogły by się na tej sali odbyć zajęcia dla dzieci. A tak grają sobie rekreacyjnie panowie z brzuszkiem, a młodzież siedzi przed kompami w domach, albo z browarem w parku.
2gi przykład: w szkole mjego syna za zajęcia SKS 2x w tygodniu (akurat piłka nożna) płace 40zł/mc. Na szczęście póki co jeszcze mnie na to stać, ale jest wiele osób, dla których to bardzo dużo kasy. Za moich czasów SKSy były bezpłatne, nauczyciele prowadzili je (jak inne zajęcia pozalekcyjne) w ramach etatu, a szkoła “trzeszczała w szwach” do wieczora. Siatka, kosz, piłka nożna - dziwczyny, chłopacy - turnieje, biegi przełajowe.
Były ligii międzyklasowe, rozgrywki międzyszkolne, olimpiady sportowe, itd itp…

Wg mnie dopóki oświata i szkolnictwo nie zaczną być finansowane na takim poziomie, aby szkoły mogły organizować zajęcia poza lekcyjne - w tym SKSy i różne rywalizacje sportowe - to ze sportem nigdy się u nas nie poprawi. To w szkole są dzieci, które są “materiałem do obróbki”. Niestety brakuje kasy na tą obróbke i tych co by “obrabiali”, selekcjonowali najzdolniejszych i ich ukierunkowywali.
A dalej to już np. współpraca z klubami sportowymi, do których Ci najzdolniejsi byliby kierowani.

No i stąd już tylko żabi skok do kolarstwa.
No bo jak już dzieciaki zaczną od pierwszej klasy zajęcia ogólnorowojowe, lekkoatletyczne, poczują “ducha” sportu i rywalizacji, to wybór dyscypliny zostaje tylko kwestią wtórną.

Do tego dochodzi jeszcze kwestia promocji sportu w massmediach.
To też powinna być misja, a nie tylko komercja.
Powinny być programy wręcz propagandowe zachęcające do uprawiania sportu - tak jak kiedyś “trenuj z nami nie zwlekaj - piłkarska kadra czeka”, “turnieje dzikich drużyn”, “apetyt na zdrowie”, itd…


#5

Z duchem sportu na zajeciach WF-u w szkole jest różnie. Ja sam nienawidziłem WF-u. Są przykłady polskich sportowców, którzy też za WF-em “nie przepadali”. Powiedziałbym nawet, że w wielu przypadkach to zajęcia wf-u zniechęcają do uprawiania sportu. Poprostu: za mało jest w tym wszystkim czystej radości z uprawiania sportu i zabawy, a za dużo głupich sprawdzianów i innych bzdetów. Tak ja zawsze odbierałem WF - jako nic przyjemnego, kolejny przykry szkolny obowiązek i tak też było z większością moich kolegów. Czasami pogoda była taka, że aż prosiło się, żeby wziąć piłkę i wyjść na boisko, ale w planach było jakieś głupie stanie na głowie przy drabinkach i inne pierdoły. W przypadku szkoły podstawowej popełnia się grzech nadgorliwości - wszczepia się w te nieukształtowane umysły ducha rywalizacji, skutki tego dla tak młodej psychiki są katastrofalne i zniechęcają do uprawiania a czasem nawet i do oglądania sportu do końca życia. Tak naprawdę to wydaje mi się, że z WF-em mamy zupełnie inny problem niż najczęściej podnoszony - “za mało godzin lekcyjnych”. Z WF-em powinniśmy właśnie bardziej wyluzować, bo efekty naszej nadgorliwości są tragiczne. Dzisiejsza młodzież w przeciwieństwie do poprzednich pokoleń WFu nienawidzi. Zmieniły się czasy, zmieniła się mentalność młodzieży i to, co działało kiedyś dzisiaj już nie zadziała. Trzeba znaleźć inny klucz, żeby dotrzeć do dzisiejszej młodzieży. Ale nic się w tej materii nie zmienia - nauczyciele i metody są z czasów PRLu, mimo że mamy już rok 2006. Wprowadzenie większej ilości TAKIEGO WF-u byłoby dla zdecydowanej większości dzisiejszej młodzieży KARĄ.


#6

Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, że główny nacisk kładłem na zajęcia poza lekcyjne - tzw. SKSy i związaną z tym organizację różnych imprez i turniejów sportowych.
Co do WFu - mnie jakoś nie przeszkadzał w uprawianiu kolarstwa.


#7

SKSów też nie lubiłem :stuck_out_tongue: :smiley: Może to kwestia mentalności. Wydaje mi się, że to głównie indywidualiści nie lubią tego typu “imprez”, ale nie przeszkadza im to w zapisaniu się do klubu i poświęceniu treningom. Taki paradoks, nie-paradoks - wiem, że wielu “tak ma”. SKSy wydają się być rzeczywiście lepszym pomysłem, niż zwiększenie godzin lekcyjnych WF-u. Myślę jednak, że trzeba szukać głębiej i pomyśleć w końcu nad zmianą całego systemu i… programu, który nie zmienił się od tysiącleci :slight_smile:
Żeby to bardziej unaocznić - program WF-u musiałby zmienić się tak, jak zmienił się program nauczania początkowego w szkołach podstawowych.


#8

Wf to Wf, jest do wykonania jakiś plan który teoretycznie ma podnieść ogólną sprawność dzieciaków, muszą się nauczyć stać na głowie fiknąć kozła czy przez kozła :wink: to jest obowiązkowe i niech tak zostanie, nie można cały czas kopać w piłkę czy rzucać do kosza. Inna sprawa to SKS-y, nie są obowiązkowe, chodzą na nie tylko Ci którym zależy nie tylko na lepszej ocenie, tam się bardziej przykładają i tam naprawdę podnoszą swoją sprawność. A z tąd faktycznie blisko do klubu bo nie potrzeba chyba wiele starań żeby SKS-y współpracowały z klubami sportowymi.

A może idąc tą drogą trenerzy z klubów sportowych powinni się zgadać i organizować dla dzieciaków zajęcia pozalekcyjne, takie ogólnorozwojowe, szkoła daje obiekty, a trenerzy swoją wiedzę. To chyba nie są wygórowane ambicje a szansa dla chętnych dzieciaków spora. Gdyby jeszcze takie zajęcia podnosiły o oczko ocenę z Wfu czy zachowania.


#9

ja powiem na przykładzie- skoki narciarskie nic w tej dyscyplinie się nie działo nie było piniędzy nikt się tym nie interesował nikt tego nie transmitował w telewizji(prucz turnieju 4 skoczni) i trafił się nam talent a mianowicie małysz- i nagle znalazły się piniądze sponsorzy i co każdy konkurs jest transmitowany na tvp, nie muwiąc o młodzieży w skokach to wszystko ruszyło jak jedna wielka machina, i dlatego Huzar powiem tak wiem że piniądze też są ważne ale jeżeli trafi się nam kolarz pokroju Bettini, Valverde, Boonen czy McEwen to myslę że jest duża szansa na rozbudowę kolarstwa w polsce :slight_smile:


#10

Myślę, że tu trzeba kogoś, kto zaistnieje w GT. Przeciętny Polak, nawet ten trochę interesujący się sportem, nie wie co to jest Paryż-Roubaix czy Flandria, a tym bardziej Clasica San Sebastian. Media również nie potrafiłyby tego nagłośnić, bo przypominam, że gdy Gwiazdowski wygrał PŚ w Szwajcarii, to w wiadomościach pojawiły się tylko krótkie wzmianki. Społeczeństwo zna tylko TdF i ew. Giro, Vueltę, nic poza tym.


#11

Tak więc Huzar nie masz wyjścia musisz się wziąść za treningi i być takim właśnie Polskim Valverde :smiley:
Czego Tobie i Nam życzę :smiley:


#12

No właśnie wygrasz TdF i po sprawie :stuck_out_tongue:. To był oczywiście żart. Musisz wygrać 3 razy :stuck_out_tongue: .

Wracając do tematu myślę, że sytuacja mogła by się polepszyć gdybyśmy mieli jakąś drużyne w PT. Wtedy mogła by jeździć cała czołóka krajowa w takiej ekipie np. Szczawik czy Sylwas (wątpie w to jednkak) czy Marek Rutkiewicz albo huzarski.pl :stuck_out_tongue:. Np. Szawiu cały sezon przygotowywać do takiego np. Vatenfall Cyclassic czy np. Rutek albo Huzar do Paris Nice a Sylwas do Giro. Wtedy gdyby były jakieś wyniki może kasa by się znalazła na szkolenie młodzieży. Najpierw jednak wydaje mi się, że władze Pzkol. musiały by się zmienić.

Co sądzicie o jakiejś petycji :question: CZy to by coś dało :question:


#13

Najpierw wyleczę kontuzje i za jakieś dwa tygodnie się zabieram. Jeśli nie wyślą mnie gdzieś do Colorado to wreszcie albo będzie dobrze albo dam sobie spokój. Ale jestem dobrej myśli, jak by nie było znam swoje możliwości. I wiem że potrzeba naprawdę solidnego zagranicznego wyniku, wtedy wszystko się ruszy. Niestety pewnych granic się nie przeskoczy ale można podskoczyć przynajmniej pod te granice. Tak więc jak będzie szczęście to i jakiś wynik się trafi. Na teraz nadzieja w panach z Pro Tour, nie wielu ich ale może im się cos uda zdziałać. Oby 


#14

Trafna uwaga. Metoda, o której byłeś uprzejmy napisać była już kiedyś praktykowana i to z dobrym skutkiem. Jak sięgam pamięcią wstecz, do czasu kiedy uczyłem się w szkole podstawowej (przełom lat 50 i 60), nauczycielem WFu był miłośnik lekkoatletyki, osiągający doskonałe wówczas jak na amatora rezultaty w sprincie na 100 m - chyba miał życiówkę 11,0 sek (na żużlowej bieżni). Zachęcał on gorąco dzieciaki do przychodzenia po lekcjach na SKS, na których przygotowywano nas do startów w ramach tzw. Czwórboju lekkoatletycznego szkół podstawowych na szczeblu powiatowym i wojewódzkim (skoki: wzwyż i w dal, bieg na 60 m i rzut piłeczką palantową, sztafeta 4x60 m). To były bardzo fajne zajęcia, podczas których ćwiczyliśmy elementy z zakresu sprawności ogólnej no i trochę ćwiczeń z zakresu konkurencji objętych rywalizacją. Uczeń uczestniczący w pozalekcyjnych zajęciach SKS miał podwyższoną ocenę z WF - zawsze 5, pozostali tylko 4. Dzieciaki pchały się na zajęcia drzwiami i oknami. Nauczyciel ten był na tyle dobrotliwy i miał dobre podejście do naszego sportu, że zachęcał do sumienności w ćwiczeniach, a za pobicie na zawodach rekordu życiowego fundował dużą porcję lodów. Jak one smakowały, a jak człowiek rósł w oczach kolegów, czerwonych z zazdrości, że Pan nauczyciel postawił uczniowi loda.
Obecnie, faktycznie nie spotyka sie nauczycieli fanatyków chcących bezinteresownie poprowadzić zajęcia pozalekcyjne. Na pewno w rachubę wchodzi sprawa braku pieniędzy na wynagrodzenie (ech, co też ci Fenicjanie narobili swoim wynalazkiem) ale też istotna jest sprawa odpowiedzialności za bezpieczeństwo dzieci na takich zajęciach, no i chyba też niechęć dzieciarni do zabawy w sport. Brakuje na pewno wzorców do naśladowania, mogacych zachęcić do uprawiania sportu. Ale też uważam, że doskonałą motywacją jest coś co się zobaczy na własne oczy. Czyli inaczej mówiąc powinno się organizować całe cykle wyścigów, typu, np. pierwszy kolarski krok, przeglądy, itp. mogące zachęcić do ścigania się. Z dzieciństwa pamiętam co się działo na podwórkach i ulicach w mojej rodzinnej miejscowości w kilka dni po rozegraniu w niej premii WYścigu Pokoju. Co kto miał na kołach starał sie dosiadać i urzadzaliśmy wyścigi, każdy chciał się nazywać jak zawodnik najlepszy na premii. Przekaz telewizyjny nie wywołuje już takich emocji i potrzeby spróbowania się, przekonania czy ja też tak potrafię. Zresztą marazm jest widoczny na każdym kroku, ze zdziwieniem obserwuję, że na trasie małych lokalnych wyścigów znacznie więcej kibiców gromadzi się na terenie wiejskim aniżeli podczas przejazdu przez miasta. Z niejaką radością wspominam nie tylko tegoroczny przypadek, że podczas Międzynarodowego Wyścigu Kolarskiego Juniorów po Ziemi Łódzkiej wyjechałem na trasę rundy by kibicować kolarzom i pojechałem w kierunku przeciwnym aniżeli jechali ścigający się zawodnicy. W jednej wsi wzięli mnie za marudę i rzucili się w moim kierunku emocjonalnie krzycząc, że jadę w niewłaściwym kierunku, że powinienem zawrócić. Byli bardzo skonsternowani gdy im oznajmiłem, że jadąc w tę stronę co jadę, będę miał bliżej do mety i prędzej do niej dojadę. Stojący na boczku jakiś chłopiec ze znawstwem wówczas głośno oznajmił mi: ALE CIENIAS Z CIEBIE. Gdy przejeżdżałem w ten sam sposób przez miasteczko, nikogo to nie obchodziło, jedynie policjant kierujący ruchem bąknął pod nosem , bardziej do siebie niż do mnie, że chyba jadę w nie tę stronę co kolarze.


#15
  • :laughing:

U nas w Toruniu w maju zawsze są 3 wyścigi w piątki takie jakby MTB dla niezrzszonych w wiku 10-11 i 12 lat. Zazwyczaj najlepsi w jakiś spośob idą do nabory klubu TKK Pacific - UKS- ów . Do Apcificu " dołączone jest chyba 6 UKS z Torunia(1) i okolic (5).
[/quote]


#16

Wg mnie Huzarski ma racje, jest wiele czynnikow niesprzyjajacych rozwojowi kolarstwa w Polsce. Niemniej jednak wierze, ze taki mercx zawsze jest w stanie sie urodzic i pomimo wszystkich przeciwnosci siac terror w swiatowym peletonie. Glowny problem chyba w tym, ze nie ma kto wyhaczyc takiego mercxa sposrod dzieciakow na podworku…


#17

Najpierw napisze, że we mnie wzbudza pozytywne emocje oglądanie wyscigu kolarskiego w TV… to jest dla mnie lepsza motywacja niz goniący pies :stuck_out_tongue: Ale nie każda jest w tym tak zakochony, niekiedy myślę czy to nie jest aż zboczenie jakieś że wszystko wszędzie mi sie z rowerem kojarzy…
Teraz na temat:
W Polsce niestety jest tak, że więkoszość uważa, że nic sie nie da osiągnąc, więc nie warto zaczynać… a jak taki delikwent zechce uprawiać jakiś sport to bedzie to raczej piłka nożna… Wielu myśli, że kolarstwo nie jest dla nich… Sam miałem taką obawę, że pójdę i spojrze prawdzie w oczy, że nie stać mnie, że na marzeniach się skończy… Inna sprawa to wiedza o klubach kolarskich… Teraz jak ktoś nie ma internetu i nie trafi na te forum to nie wiem jak sie dowie gdzie ma iść, gdzie ten klub jest… A jeśli już jest grono dzieciaków, których rodziców byłoby stać, to zazwyczaj tacy wybierają szkołę, studnia itp… tradycje rodzinnne, przejęcie firmy ojca/matki… Kolarz musi duuużo wiecej rzeczy się wyrzec, niż taki piłkarzyk… Spojrzmy o ile łatwiej jest trenować wszelkiego rodzaju gry zepsołowe… Jesli taki młodzian ma do wyboru tańszy, bardziej popularny (bedzie na podwórku najlepszy), wymagającą mniej wyrzeczeń (3-4 treningi w tygodniu) piłke nożną to zazwyczaj wybierze to, a nie cięzkie koalrstwo, gdzie godzinami nie bedzie go w domu, czy to deszcz czy słońce, droższy sport, nie zaimponuje na podwórku i cała masa wyrzeczeń, gdzie nie można sopbie pozwolić na odpuszczenie jakies akcji z powodu sił i zostanie na własnej połowie, trzeba jechac ze wszytkimi bo inaczej sameu bedzie się wracać 2 razy dłuzej, tu wygrywa ten kto przy maksymalnym wysilku jestes w stanie zmusić się do jeszcze jednego szarpniecia… Uważam, że mentalność polaków (celowo z małej litery) jest taka a nie inna (plotkarstwo, moherostwo, konserwatywność), że prawie cudem jest aby z tej społeczności ktoś był kolarzem… Ale są miłośnicy tego sportu, tyle że warunki w klubach są śmieszne… Nawet Kubica aby osiągnąc ten sukces wyjechal, bo jak sam mówi w Polsce nie było warunków aby mógł sie rozwijać…
Dlatego szanuję wsyztkich koalrzy… Koledzy i kolezanki jestescie wielcy!
Ostanio dosyć dużo słyszę o tym, że niby kolarstwo (rower) w Polsce są coraz bardziej popularne… otóż nie zgadzam się z tym… na 10 rowerów 9 to rowery z marketów, na 10 osbób 9 jeździ z przumusu (dojazd do pracy, brak auta)… może widzimy wiecej pseudorowerów… z tym sie zgodze!
W Polsce kolarstwo jest takim jakby sportem tabu… przeciętny widz wbrem pozorom swoim nie rozumie tego sportu… zauważyłem pewną przykrą prawde, iż sport dla wielu traci swoją siłe i piękno, dla nich sport = wygrywanie i korzyść finansowa. Pamietam komentarze do swoich początków, kiedy przyjeżdzałem gdzies z tyłu… Bodajrze Jacek Wszoła kiedyś ładnie mówił na ten temat, że musimy nauczyć się sportu, że sport powinno się uprawiać dla samego ruchu, że od tego trzeba zacząć. Nie z nastawieniem, że jak ktoś nie wygra to jest słaby i niech już przestanie trenować to najlepiej dla niego będzie. Sportowców jest wielu, a tylko niewielka ich część odnosi sukcesy. Gdyby tylko Ci co wygrywają mieli pzostać, bo reszta “po co ma trenować skoro nie wygrywa” to wyobraźmy sobie co bybyło… Pojęcia peleton by nie było ;] Tutaj kolejna przewaga piłki nożnej nad kolarstwem, przykład: przychodzi taki delikwent do klubu piłkarskiego i zagra swój pierwszy mecz i jego druzyna wygrywa i jest odbierany w swoim otoczeniu jako talent, że potrafi grac w piłke, mimo że tak naprawde to 10 pozostałych kolegów wygrało ten mecz, on nawet nie wracał sie, bo nie miał sił… ale liczy się pierwszy swój mecz i już sukces… A kolarstwo? wraca z pierwszych zawodów i na podwórku oczywiscie wielcy znawcy pytają który był, on powie, że dubla dostal na kryterce albo ze wspolnego dojechal gdzies sam czy w grupie to juz będzie, że słaby bo nie wygral… Tłumaczenia, że zaczyna nie zrozumieją, bo piłkarzyk w debiucie wygrał… Kolarz musi żmudnie pracować niekeidy kilka, a nawet kilkanascie lat na sukces… i Taki kolarz w rzeczywistosci bedzie lepiej wytrenowany niz wcześniej wspomniany piłkarz, ale dla ogólu to piłkarz bedzie lepszy, tego koalrza będą raczej wyśmiewali… Tak jak lucjan pisał otej jeżdzie pod prąd i komentarzach…
Uważam, że gdyby nastawienie polaków byłoby inne to więcej znaczylibyśmy… ale tak to tylko w erze… nie z polkarzami sąsiadami wszechwiedzącymy i bezrobotnymi… ach ta polska rzecyzwistośc przeszkadza we wszystim co inne, mohery…
Przepraszam za kompozycje… wieczórek się zbliża i weekend… ale temat ciekawy wiec chciałem sie wypowiedzieć, an przyszłośc obiecuje bardziej składne, rzecowe i czytelne psoty :wink:


#18

U nas na wszystko by starczyło pieniędzy ale jak mamy takich polityków którzy rozpier**** kase na głupoty to potem jest gadanie ze na nic nie starcza. Najwiecej z budżetu państwa ciągnie kosciół katolicki (ehhh ten katoland :imp: :imp: )


#19

U nas się niestety rozlicza przeszłoś, czyli zawsze bedziemy do tyłu… Niech się zajmą przyszłością jak to w swoim skeczu mówi Cezary Pazura…


#20

ja powiem Krótko-brak pieniędzy,brak sponsorów w ekipach kolarskich,brak dobrego kolarza takiego jak np Bettini dam poruwnanie Małysz w skokach to teraz jakis iksinski w kolarstwie bo pamiętajmy wtedy znajdą sie sponsorzy ludzie zaczną sie interesowac kibice itd, otpowiedni trenerzy w młodzikach