Sprawa Lance'a Armstronga

Tyler Hamilton powiedział że Armstrong nie powiedział całej prawdy tylko w dalszym ciągu półprawdy i dodał że jeśli powiesz całą prawdę to jesteś w tym środowisku skończony.
Ja filmu nie widziałem, ale sądząc po recenzjach, opiniach to chyba nic nowego i wygląda trochę na odgrzewany kotlet przez Armstronga i ESPN. Sam Lance pewnie jeszcze długo nie powie jak było naprawdę bo ma parcie na szkło cały czas, mimo tego że jego sława jest już inna, ale to jest na zasadzie nieważne jak mówią byle mówili. Wydaję się że kiedy ludzie znudzą się tymi historiami w kółko opowiadanymi, to Armstrong może wtedy coś nowego ujawni, czyli zmusi go do tego brak zainteresowania mediów i kibiców jego osobą, nie wcześniej.

Też nie oglądałem i szczerze mówiąc nie wiem czy zamierzam.
Ale zakładam, że jeśli Armstrong nie powie nic nowego o powrocie w 2009 to tak jak by nic nie powiedział.

Szczególnie że takie teksty jak min. o Basso, nie zachęcają.


Armstrong w dalszym ciągu chyba w pokrętny sposób próbuję się jakoś usprawiedliwiać, choćby wypowiadając się o tym że na niektórych biorących doping patrzy się przychylniej niż na niego czy Ullricha (przywołanie Pantaniego to już przesada).

Obejrzałem część pierwszą na espnplayer, i szczerze to poprostu biografia napisana pod narrację Lance’a.
Na zwiastunach kręcono wokół tematu dopingu, a w rzeczywistości to “tylko i aż” biografia “niezwykłego” człowieka do momentu wygrania pierwszego TdF w 1999 (włącznie).

Dobrze ją się ogląda - tylko narracja idzie oklepaną ścieżką koncentrującą się na tym, że oprócz naturalnego talentu sportowego równie ważny jest talent “mentalny”. Dodatkowo lecimy motywem, gdzie “starsze i mądrzejsze ja”, opowiada swoje wzloty i upadki z perspektywy czasu.

A doping to trochę tło, najpierw widz dostaje mały zastrzyk morfiny, że od początku istnienia TdF istniał doping i nie było żadnej moralnej otoczki. Że doping wszyscy brali, że albo brałeś EPO albo dostawałeś lanie. Szczerze zdziwiłem się, że jeszcze nie dodali narracji że doping to nawet amatorzy i juniorzy biorą.

Jeśli rzeczywiście chłop brał tylko EPO i przetaczał krew, to niech poprostu pokaże ATP wraz planem wspomagania - myślę że to by była niezwykle ciekawa lektura. Ferrari był znany z tego, że jako “pierwszy” patrzył na W/Kg, wprowadzał prawdziwą “naukę” do treningu - więc jeśli zwyciestwa Armstronga to zwycięstwa nowoczesnego podejścia do treningu to czemu nikt nie gra tą narracją?

Ludzie pamiętają, że wygrał 7 razy TdF - mało kto pamięta w jakim stylu: 7.37, 6.02, 6.44, 7.17, 1.01, 6.19, 4.40 - poza 2003 to były poprostu nokauty. Sestriere’99, Hautacam’00, Alpe d’Huez’01, Luz Ardiden’03, Alpe d’Huez’04 to była miazga z rywali i przyznam, że od czasu do czasu miło się to ogląda na YT.

W ostatnich latach to tylko Froome potrafił taki wpierdol wpuścić na TdF rywalom aż im się portki trzęsły - choć chyba ostatni raz jaki kojarzę to La Pierre Saint Martin’15,

Sprawa Armstronga to dobry przykład by pokazać skąd biorą się ONI :stuck_out_tongue:
Serio. To po prostu nie trzyma się kupy, widać na dłoni że brakuje ważnych elementów układanki. Mamy takie kwestie:

Przecież to jest bez sensu. Kto w to wierzy? Jeśli Verbruggen rzeczywiście pragnął chronić kolarstwo to powinien zareagować natychmiast. Armstrong wtedy jeszcze nie był nikim wielkim. Zdecydowane antydopingowe działanie było tym co należało zrobić. A jeśli nawet Verbruggen nie chciał nadawać temu rozgłosu to mógł załatwić innymi metodami. Takimi jak choćby w przypadku Kurczaka. Po prostu mógł zasugerować Armstrongowi by sobie dał na wstrzymanie a on przymknie oko. Zamiast tego mamy coś wprost przeciwnego. Mamy szefa UCI, który wiele lat tolerował gościa, który od początku był lewy i były na to dowody. Jeśli nie była to kwestia pieniędzy to czego? Jeśli ktoś ma lepsze wytłumaczenie niż jacyś ONI, dysponujący środkami nacisku i promocji to czekam.
Tym bardziej że to ciągnęło się długo i jasne jest że bez wsparcia UCI Armstrong daleko by nie zajechał.
Kolejna kwestia.
Wszyscy brali ale wygrywał Armstrong. EPO nie było tajne ale wygrywał Armstrong. Niby wszyscy wiedzieli co brać ale tylko jeden wygrywał. Jakim sposobem? Skoro jakiś czas nawet testów na EPO nie było więc hulaj dusza piekła nie ma?
Cała historia Armstronga pokazuje tutaj kolejną rzecz. Obok przewagi „protekcyjnej” miał także przewagę technologiczną. Jak ją sobie zorganizował? Wystarczyło po prostu iść do doktora Ferrari? Skąd wiedział że do niego? Dlaczego inni klienci doktora nie potrafili dotrzymać kroku Armstrongowi? Na jakiej zasadzie można było zdobyć możliwość korzystania z usług Ferrariego? Bardzo ciekawa jest tutaj wzmianka o Merckxie. Sugeruje ona że nie było łatwo się do niego dostać. Mimo to Armstrong zdołał nie tylko wyniuchać (jak?) że jest jakiś doktor Ferrari ale jeszcze zdobyć jego usługi.
No i trzecia sprawa o której pisze władek. Armstrong nie wygrywał. On niszczył. Jego przewaga była zbyt znacząca by nie podejrzewać wspomagania. W ówczesnym peletonie w jego czystość nie mógł wierzyć nikt. Nikt liczący się. A mimo to było cicho. Pojawiały się tylko nieliczne głosy desperatów.
Czy nie ciekawe? TV, media, szefowie, wszyscy oni, ci co mieli największą wiedzę, po prostu pierdzielili, kłamali. TV lansowało bajkowy świat kolarstwa. Dlaczego to jest uważane za normalne a gdy mówisz że oni tam: TV, media, politycy wszyscy kłamią i pierdzielą jeśli chodzi o politykę i wirusa to już jest uważane za dziwne i spiskowe? Przecież jest tak samo! Ci co siedzą w środku jakoś łatwo kreują świat, kompletnie fikcyjny. Gdzie głosy rozsądku, takie jak moje, są ośmieszane, uważane za bzdurne.
Jakim sposobem Armstrong, człowiek nikt, był w stanie w tak brutalny i bezczelny sposób, niszcząc ludzi trwać na szczycie? Co powiecie o moralności takiego Verbruggenna, który widział jak ci co mówią prawdę są gnojeni a na piedestał trafiają ci, którzy mają najmniej skrupułów, liczą się zdolności inne niż kolarski talent?
ONI nie biorą się znikąd jak wydaje się ludziom, którzy gdzieś tam usłyszeli Żydzi, Masoni i (haha) Cykliści i uważają że już wszystko wiedzą. Bo tu nagle się okazuje że skoro ci śmieszni cykliści wcale tacy nie są tacy śmieszni to co dopiero powiedzieć o tamtych?
ONI są po prostu logiczną konsekwencją, o której nie chce myśleć większość ludzi woląc tkwiąc w bajkowym światku, kreowanym przez ludzi takich jak Verbruggen, Armstrong. ONI są tym czynnikiem, który czyni tą historię sensowną a nie jakąś nie trzymającą się kupy zbiorem mitów, opowieści. Co ciekawe ONI nie są też odpowiedzią. Bo przecież powstaje to pytanie. Kto i dlaczego wylansował Armstronga?
Niezależnie od tego kto to był interesujące jest też oglądać dalszy ciąg tej historii. Jak wystarczy ludziom powiedzieć: od dnia takiego i takiego jesteśmy dobrzy, złych ludzi już nie ma. Hah. Odrazu nasuwa się podobieństwo z Okrągłym Stołem (sorki za te wtręty ale kto wie kim są ONI…) Kiedy ludowi powiedziano że komuchy oraz PRL zniknęły i … tak tak! Nastała demokracja, lud idzie głosować i podniecać się tym widowiskiem. Starciem partii politycznych. Takich prawdziwych…
Podczas gdy… szefem UCI jest dzisiaj kolo, który był jednym z tych co gnoili tych ośmielających się mówić prawdę o dopingu. Mamy Frooma, człowieka nikt, który w jednym niemal roku przeszedł metamorfozę stając się czołowym góralem pokonującym jednocześnie Cancellarę na czasówce w TdF. Mamy UCI, które w sposób tak bezczelny, nie do pomyślenia za Armstronga, dusi mega przekręt dopingowy i wszyscy siedzią cicho.
Jak to się dzieje? Froome ma taki urok osobisty, podobnie jak kiedyś Armstrong wobec Mercxxa i Ferriariego czy też są jacyś oni, którzy prowadzą za rączkę i zajmują się tymi trudnymi i brudnymi sprawami podczas gdy ktoś tam szczerzy zęby w TV? Rozdaje łaskawie swoje uśmiechy wielbiącemu go tłumowi?
Takie sprawy jak Armstronga, Frooma, cała ostatnia historia UCI wydaje się dawać wybór: telewizyjni herosi tylko? Czy może ci ONI, wykonujący swoją brudną robotę. Mający swoje gry i rozrywki o których tak wielu wie ale nikt nie powie. Bo przecież. Nawet tutaj, w kolarstwie, czytamy że są rzeczy o których nikt nie powie. Choć wie. Ot. np. taki komentator a były kolarz Baranowski. Siedział w tym po uszy ale czy powie? Nie. Będzie, całkiem autentycznie zresztą, pasjonować się wyścigiem. Ale nawet nie zająknie się o tym co widział.
Po czym sam usiądzie przed TV, i będzie wierzył w to co mówią mu inni. O polityce o wirusie. Tak autentycznie. Tak prawdziwie. Tak ekspercko.

1 Like

Władek, tutaj znajdziesz trochę “magii” prosto od Dottore: https://www.53x12.com/articles

Musisz też pamiętać, że EPO nie działa na każdego tak samo. Upraszczając, jeżeli przyjmiemy, że nasz organizm do funkcjonowania potrzebuje 1 arbitralną jednostkę tlenu, to osiągnąć to można:

  1. małą liczbą czerwonych krwinek o dużym powinowactwie do tlenu
  2. dużą liczbą czerwonych krwinek o mniejszym powinowactwie

Jeśli doładujemy EPO kogoś, kto ma naturalnie wysoki hematokryt (przypadek 2), to efekt nie będzie tak spektakularny w porównaniu z osobą z niższym hematokrytem (przypadek 1). Armstrong był przypadkiem 1, który dodatkowo miał bardzo dobre inne parametry i niesamowitą etykę pracy. A także znane nam wsparcie ze strony UCI, koncernów itd. itp.

Jak byłem nastolatkiem na podobne teksty zwykło się mówić “Nie wiem, co bierzesz, ale bierz tego połowę”.

Każdą z poruszonych przez Ciebie kwestii można wytłumaczyć w logiczny, prosty i rozsądny sposób.

Ale jak wolisz karmić się bajką o jakiś ONYCH, to droga wolna.

1 Like

53x12 już czytałem i faktycznie ciekawe rzeczy tam są powiedzmy “way ahead of time” - tylko niestety ogólniki i w obecnych czasach już żadne rewolucyjne twierdzenia. I takiego ATP z tego nie zrobisz. Armstrong na pewno miał bardzo specyficzny, bo tylko TdF go interesowało i bardzo szybko zaczynał off-season.

Tak też czytałem o tym, że Armstrong miał naturalny hematokryt bodajże ~37 - było chyba o tym w książce Hamiltona - i mógł się dosyć mocno “doładować”. Miał to “coś” mentalnego co dawało mu ogromną przewagę. Pewnie mógł na legalu brać testosteron i pewnie inne rzeczy. Miał zawsze świetny zespół. Miał zmysł taktyczny. Miał trochę szczęścia i przede wszystkim umiał mu dopomóc - np. słynny rajd przez pole po upadku Belokiego.

Tylko czy to może tłumaczyć wszystkie siedem zwycięstw pod rząd? Świat nie jest głupi, świat nigdy nie stoi w miejscu. 7 lat to szmat czasu. Nie pamiętam gdzie czytałem, ale ta etyka pracy w późniejszych latach trochę Armstrongowi siadała - np. popijał sobie czerwone wino do kolacji. Oglądając “ESPN part 2” też można sobie zadać pytanie, kiedy on miał czas na treningi oraz odpoczynek skoro tyle czasu spędzał na innych zajęciach nazwijmy to z braku lepszego słowa marketingowych.

Być może tak się wszystkie skomplikowane zmienne losowe ułożyły, i rzeczywiście na “standardowym” zestawie można było osiągnąć tak wiele. Jeśli tak, to miłoby było z jego strony gdyby opublikował cały plan treningowy przygotowujący do TdF - jakie jednostki robił, kiedy, wyniki testów pomiędzy, itd.

Ja wierzę, że Armstrong jest fenomenem. Tylko bycie na szczycie przez 7 lat z rzędu ma swój koszt psychiczny i fizyczny. Jordan tego nie potrafił, Federer tego nie potrafił, Messi tego nie potrafił. Nawet taki LeBron James nie wytrzymywał tego. I Rafael Nadal, który kosił Rolland Garros nie był wstanie tego bez przerw robić. Więc może jestem głupi i słabo rozumuje, ale Armstrong to jest nawet wyższa liga bycia fenomenem niż najwięksi sportu innych dyscyplin. I jeśli słysze, że Armstrong na standardowym zestawie w profesjonalnym sporcie mógł wszystkich nieprzerwanie przez 7 lat “gnoić”, then I call “bullshit”.

Dla mnie to była później w dużej mierze kwestia mentalu nazwijmy to. Ullrich był bardzo kruchy (vide jego obecne kłopoty psychiczne), już tylko po tym słynnym “looku” Armstronga Niemiec wiedział, że jest po zabawie. Następnie nie było jednak jakichś super rywali, którzy mieli nie tylko pod nogą, ale też i psychikę mocną jak LA. Armstrong był coraz słabszy, ale po prostu brakowało kogoś szalonego z charyzmą jak Pantani, który postawiłby Amerykanina pod ścianę. Po powrocie widac to było jak na dłoni. Lance posuwał się już do strasznie lewych akcji. Do tej pory nie mogę zrozumieć jak prawie “wykolegował” z wyścigu Contadora przed czasówką.

No bez jaj, że Ferrari z taką klientelą będzie plany treningowe do netu wrzucał :smiley: Napisz i jak zapłacisz, to się Tobą może zaopiekuje? :wink:

Interesowałeś się wtedy kolarstwem, widziałeś tamte Toury?

Nie zapominaj, że to były inne czasy dla sportu i dla UCI. Lance Armstrong spadł im jak manna z nieba. Przystojny, elokwentny, ze wspaniałą historią, WIELKIM rynkiem za sobą. W tamtych czas kolarstwo to wciąż był bardzo hermetyczny europejski sport, a UCI klepało biedą. Pantani rozgrzewał kibiców to tu, to tam. Zabel sprzedał może kilka abonamentów Telekomu w Niemczech. Ale to wciąż były jakieś ogryzki. I wtedy wchodzi Armstrong - poster-boy jakiego nie było. Zarżniesz tę kurę znoszącą złote jaja tuż po Festinie, tuż po Pantanim, czy przymkniesz oko? Kolarstwo nie byłoby tu, gdzie jest bez Armstronga i pieniędzy, które przyniósł do sportu. Jego wpadka w '99 albo w którymkolwiek późniejszym roku miałaby dramatyczne skutki dla sportu. Przytaczasz tutaj Jordana, ale zobacz, że o niego władze ligi też dbały i chuchały. I tak jak piszesz, to Armstrong nie musiał za bardzo się spinać, bo liczył się Tour, może jeszcze Dauphine.

Zobacz, co się stało w Szwajcarii po tym jak Landis (Amerykanin!) wpadł na testosteronie w 2006. Zamknęli Zuri-Metzgete, bo odwrócili się od tego sponsorzy.

Federer to już z 15 lat jest na szczycie

Tak, widziałem wszystkie zwyciestwa Armstronga w TV na żywo.

Czemu Ferrari ma publikować plan? Armstrong jest ich właścicielem, nie Ferrari. To niech zrobi książkę o tym, z chęcią kupię. Stosować nie będę, bo każdy sensowny plan jest zindywidualizowany. Zresztą już Carmichael niby “pisał” jak to trenował Armstronga :smiley:

Być może nie wyrażam się jasno, więc spróbuje w jasno przystępnych punktach:

  1. Nie mam żadnej pretensji co do tego, że Armstrong wygrywał na dopingu - standard w sporcie zawodowym. I wg mnie Armstrong zasłużył na to by nazywać go 7-krotnym zwycięzca TdF.
  2. Nie mam nic do tego, że był kryty przez UCI / sponsorów - standard w sporcie zawodowym.
  3. Nie mam nic do jego cech charakteru - zresztą trudno ciągle wygrywać i byc milym dla wszystkich.
  4. To co wg mnie jest nie fair to ciągła ściema co do tego jak to dokładnie się odbyło (20 lat po) - nie chce powiedzieć prawdy to niech milczy, a nie robi szopkę. Weż dowolny sport zawodowy i dowolnego wirtuoza tego sportu. Ilu jest takich, że rok po roku okazuje się najlepszym przez siedem lat z rzędu w swoim docelowym starcie do którego także cała ówczesna śmietanka też się przygotowuje jako startu docelowego? Jedyny z nowszych nam czasów to przychodzi mi na myśl Usain Bolt. Reszta co mi pojawia się w głowie zawsze miały jakieś chwilowe kryzysy / przerwy w byciu najlepszym. Koszt bycia rok do roku na istnym topie / tronie jest dla nas śmiertelników niewyobrażalny. Poprostu w mojej opinie EPO plus przetaczanie krwi plus plan od Ferrariego nie tłumaczy wszystkiego - nie tłumaczy, bo inni też mieli tą wiedzę i mieli 7 lat by nauczyć się z niej skorzystać.

EDIT: Cofam Bolta, nie wytrzymał w 2011 w Daegu i miał false start na 100m…

Bycie w czołówce, a bycie na szczycie to są dwie dość odmienne kwestie. Wimbledon wygrał maks 5 razy z rzędu.

EDIT: masz prawdopodobieństwo kontuzji, choroby na ważnym etapie przygotowań, problemy w życiu prywatnym, np. rozwód Armstronga, możesz się wypalić psychicznie, może chcesz nagle więcej czasu spędzić z rodziną, dochodzi natarczywość mediów, które wszędzie sensacje węszą, może kibic z siateczką z biedronki przy trasie zachaczyć o twoją kierownicę.

Organizm ludzki to nie maszyna - jest tyle czynników psychiczno-fizycznych poza “red cells” które wpływają na sukces lub jego brak. Jest równie wiele czynników których nie jesteś w stanie kontrolować - żeby zniwelować ich “impact”, musisz mieć naprawdę wielki zapas wydolnościowy nad przeciwnikami…

I Federer potrafił, i Nadal potrafił, i Djoković potrafił, i Ronaldo czy Messi potrafią. Jordan rzeczywiście potrzebował przerwy, ale w tym miejscu trzeba podkreślić, że był pierwszą globalną gwiazdą sportu tak naprawdę.

Pamiętajmy również o tym, że Armstrong wszystko podporządkowywał Tourowi. Resztę startów w sezonie - a nie było ich zbyt wiele, traktował treningowo.

I przewagi Lance’a szukałbym w głowie przede wszystkim. Pomijając to, kto miał jakie zaplecze nazwijmy to “technologiczne”, to moim zdaniem w latach 99-05 nie było nikogo, kto mógłby w ogóle pod względem mentalnym stanąć w szranki z Armstrongiem. Vinokourov może. Ale sportowo nie był gotowy. Wtedy jeszcze. W sumie jak czas pokazał - nigdy. Ale przecież mentalnie - to takim rywalem na pewno nie był ani Ullrich, ani Basso, ani Kloden, ani Beloki.

Mało tego. Posunę się krok dalej. Jakby wyjąć Contadora z Touru 2009, to Armstrong by to wygrał. Schleckowie nie udźwignęliby tej rywalizacji.

1 Like

Rozumiem, że mamy inną definicję bycia na szczycie, wg. mojej definicji

Federer lata wielkiej dominacji miał 2004-2007, gdzie wygrywał 3 wielkie szlemy i nikt nie był mu wstanie podskoczyć. Później jest raz na wozie raz pod wozem. Nadal jest bardzo specyficzny, naklepał tych French Open (z przerwami), a poza tym nie gnoił. Natomiast Djoković też nie miał wielu lat kompletnej dominacji - 2011 oraz 2015 i pół 2016. Oni są fenomenalni, jednak patrząc na ich kariery na przestrzeni siedmioletnich okienek to widać dość wyraźne rysy, widać kontuzje, widać zmęczenie psychiczne.

Messi, jako fan Barcelony od 25 lat to mogę powiedzieć, że nie jest tak różowo jak go media kreują. Strasznie dużo naklepał bramek, strasznie wiele razy ratował skórę Barcelonie - ale dość często na koniec sezonu “stawał” jak reszta zespołu i odpadali to w lidze mistrzów, to tracili mistrza ligi na rzecz Realu Madryt w samej końcówce sezonu. O Critiano Ronaldo trudno mi się wypowiadać, bo jego kariery nie śledziłem z zapartym tchem - ale jakoś też mi się nie wydaje, że przez 7 lat z rzędu nigdy nie zawodził w najważniejszych meczach sezonu (zwłaszca biorąc pod uwagę jakie regularne bęcki od Barcy zbierali).

Armstrong to, że miał resztę startów treningowo to nie znaczy, że miał luzy. Żeby zrobić szczyt formy podczas odpowiedniego momentu TdF to jest pewnie minimum 7-8 miesięcy przygotowań i budowania domku z kart. Gdzie domek taki może się łatwo rozleć, gdy zachorujesz na głupią grypę lub wywrócisz się na treningu. Co więcej, on budował ten domek z kart 7 lat pod rząd i zawsze mu wychodziło. Co więcej, w ciągu 7 lat organizm się mocno zmienia, pewne sygnały adaptacyjne przestają działać, więc razem z Ferarrim musieli odpowiednio szybko reagować i zmieniać plan treningowy.

Zgadzam się, że Lance był o półkę wyżej niż inni faworyci z tego okresu. Ale tu chodzi o prostą statyskę: masz 7 sezonów, w każdym sezonie w szerokim gronie faworytów jest minimum ~10 kolarzy, czasem też są objawienia - czyt. zawsze może komuś się trafić “rok konia”. Co więcej, Lance Armstrong musiał zawsze wygrywać z innym przeciwnikiem, tym najtrudniejszym, czyli Lancem Armstrongiem.

Skoro niby wszyscy z czołówki wtedy brali to samo, to w mojej skromnej opinii Lance Armstrong nie tylko powinien być uznanym GOAT kolarstwa. On powinien być okrzyknięty GOAT nad GOAT na skalę wszystkich sportów zawodowych.

No chyba, że jednak miał jakąś ukrytą przewagę jakiej nie mieli inni, co znacząco ułatwiało jego zadanie. Albo rzeczywiście kolarstwo nie jest aż tak poważnym sportem, gdzie trzeba naprawdę ciężko walczyć o sukces.

Jeszcze raz - to, że brał to, co wszyscy nie oznacza, że działało to na niego tak, jak na wszystkich innych. Druga sprawa, że miał wsparcie ze strony UCI, więc mógł brać nieco “bezpieczniej”, gdy inni mogli się obawiać kontroli i wpadki.

Trochę przykre te żale, że Basso, Hincapie, Zabel czy Aldag nadal pracują w kolarstwie a on jest skończony. Nawet nie próbuję zgadywać o ile kasy więcej Armstrong ma z “The move”, tego dokumentu czy innych projektów, w których uczestniczy od wyżej wymienionych.

Ale co trzeba mu oddać to faktycznie mentalność wojownika, zwycięzcy. Każdy syf obróci w sukces.

Nie sądziłem, że napiszę kiedyś coś przeciwko kolarstwu w porównaniu z innymi sportami, ale nie uważasz, że im wszystkiej trudniej być na szczycie w porównaniu do tego co osiągnął Armstrong?
Owszem, wygrał w sposób bezdyskusyjny najtrudniejszy i najbardziej prestiżowy wyścig świata 7 razy z rzędu, ale jakby nie patrzeć, ten wyścig to tylko 3 tygodnie z kalendarza.
Pamiętam, że po 2005 niektórzy fani Armstronga forsowali narrację jakoby miał to być najwybitniejszy kolarz w dziejach, ale gdzie mu tam do Merckxa czy nawet Hinault.

Ale fakt faktem, że od kiedy interesuję się kolarstwem (1999), lepszego kolarza nigdy nie było i nie wiem czy będzie.

1 Like

@KubaWinter Ale idziemy w kierunku, że EPO działało na Armstronga jak szpinak na Popeye’a [fenomen biologiczny typu jeden na miliard]? Czy, że Ferarri lepiej “umiał” wykorzystać efekt EPO, to znaczy skroić Armstronga w ten sposób, że miał “idealny balans” pomiędzy zwiększoną masą mięśniową, bez której to że dostarczasz więcej tlenu do mięśni koniec końców nie ma znaczenia i wychodzą cukierki jak tutaj: https://www.thelancet.com/journals/lanhae/article/PIIS2352-3026(17)30105-9/fulltext ? Jednak z tego co pamiętam, Armstrong nie miał Ferarriego na wyłączność - więc wiedza doktora nie była tajemna i dostępna tylko dla Lance’a?

@druid Zgadzam się, że trudno porównywać “wysiłki” pomiędzy różnymi sportami. Jednak wierzę, że jest pewien próg profesjonalizacji sportu, że wymagania wobec sportowca są mocno wyśrubowane. Wtedy do bycia na topie nie wystarcza tylko talent, ale także podporządkowanie całego życia uprawianiu tego sportu. Na każdy dzień, czy to treningowy, czy to startowy, masz cele z których musisz się “rozliczyć” i jeśli zaczniesz się rozmijać to w dłuższej perspektywie trudno być “dominatorem” - cokolwiek to oznacza.
Dodatkowo w perspektywie bycia wielu lat pod rząd “numerem jeden” dochodzi tak wiele czynników poza “talentem” i “kondycją”, że dla mnie Magnus Carlsen jest równie wielkim sportowcem co Novak Djokovic. Skolei o piłkarzach mam trochę niskie mniemanie, skoro nawet top of the top sobie robią orgie zaraz po meczu / przed meczem i sportowo im to uchodzi na sucho.

Władek, EPO działało na niego lepiej, niż działało np. na Vaughtersa. Armstrong miał naturalny hematokryt poniżej 40%, JV bliski 50%. Więc nie dość, że Armstrong mógł się doładować bardziej (zakładając stary limit 50%), to jeszcze jego erytrocyty miały większe powinowactwo do tlenu (tak jak to opisałem w uproszczeniu wyżej). Nie ma w tym żadnej magii, a czysta i prosta fizjologia. Reszta to wykrzesanie maksimum z treningu.

O tej publikacji z Lancetu i kilku innych było głośno swego czasu. Rozmawiałem o niej z Joergiem Jakschem - mam gdzieś nawet nagraną tą rozmowę, jak znajdę, to wrzucę. Wyśmiał to bardzo, tylko potwierdzając moje przypuszczenia, że to nie jest test odzwierciedlający prawdziwe warunki.

Czuję nieodpartą potrzebę wypowiedzenia się na temat Laysa Assstronga.
Dla mnie on jest po prostu zwykłym ujem i psim synem. Największym złem, jakie się przydarzyło kolarstwu, więc programowo w ogóle nie interesuję się jego działalnością marketingową i na taką banicję wszyscy powinni go skazać.
I nie dlatego, żebym nie szanował jego mistrzostwa sportowego. Szanuję i nonsensowne wydaje mi się nieuznawanie jego tourowych zwycięstw. Dokonał czegoś niemożliwego i nie do powtórzenia w tak podatnym na losowe wydarzenia sporcie. To jest objaw geniuszu i przed tym trzeba przyklęknąć, zwłaszcza gdy się na to gapiło przed telewizorem z opadającą koparą.
Nie razi mnie “przeszłość dopingowa” - bo to w sporcie było, jest i będzie oczywiste.
Dla mnie on jest uj, bo był mafiozem. To, co robił ze swoimi oponentami pozasportowymi (którzy jego sportowym dokonaniom mogli zagrozić), to było obrzydliwe i za to powinien do pierdla trafić.

4 Likes